MADAME

Nowe wydanie najpiękniejszego literackiego wyjęzyczenia das Ewig-Weibliche.

libera

ded. A.

Ja się pieprzę z każdą książką, a jeśli nie zostawiam
na niej śladu, to znaczy, że nie mam orgazmu.

C. M. Dominguez, Dom z papieru


MADAME

Leżała milcząca, oprawiona w skórę
Barwy mego głosu, kiedym do niej mówił:
Rozchylę te karty i wejdę ci w słowo,
By toczyć je czule od środka, jak robak,
Co ślad larvy migrans zostawia na piśmie,
Mieszając z posoką rozgrzany twój inkaust.
A ty mnie uczynisz inkluzją papieru,
Przez który oddychasz, Welinowa Wenus.
*
Kurz łasił się wtedy spieszczonym powietrzem,
Ze wszystkich stron świata rozpylał sny, wiersze…
Aż całkiem wchłonęły treść jednej postaci
I wiatrem podszyły stabilność jej znaczeń.
Puls ciszy odmierzał czas między stanami
Skupienia wieczności w humorach tej damy.
Bo różnie milczała – do bólu, do rymu,
Lecz nigdy dosłownie – i zawsze nad wyraz.
Więc chciałem ją zgłębić, powiększyć o siebie,
Zmysłowość wysłowić -  i tylko jej wierzyć.
*
Leżała zbójecka, oprawiona w dłonie
Barwy tego kurzu, który wzdychał do niej.
Ja jeno patrzyłem, gdyż sam byłem księgą;
Widziałem, że inni, kochając, też bledną;
Oddają swe ciała we znaki, by spisać
Tę Wieczną Kobiecość, co nęci nas Ciszą.

Walter Moers – “Miasto Śniących Książek”

W ramach pokuty za filologiczny grzech obżarstwa ciszą - zapraszam na darmową degustację cytatów – świeżych, soczystych, otrzepanych z mrowiska literówek i wyrwanych specjalnie dla Was, cierpliwi Przyjaciele, z powieściowej gleby, użyźnionej imaginacją Waltera Moersa, pisarza, którego podstępnie uczyniłam głównym bohaterem przypisów w mojej powstającej pracy magistersko-doktorskiej…  (”Portret czytelnika zbójeckiego. O romantycznej intoksykacji literaturą” – dla niewtajemniczonych). Proponuję wznieść toast (Atramentowym Winem, rzecz jasna): za “ogniste i próżne kobiety, które wszystko ubierają w cytaty z literatury i gdyby mogły wybierać rodzaj śmierci, chciałyby zginąć pod kołami samochodu, zaczytane w poezjach Emily Dickinson” (C.M. Dominguez, Dom z papieru) ! Wypijmy też za zdrowie bezimiennego bohatera mojej przyszłej książki, z którym obecnie jestem w spirytualnej ciąży i mam zamiar powić homonimy, tzn. bliźnięta (niepoprawne politycznie) :D  Trzymajcie się, Kochani! Trzymajcie się nawzajem za słowa –  i pozostałe części ciała :)

moers

W. Moers, Miasto śniących książek. Powieść z Camonii autorstwa Hildegunsta Rzeźbiarza Mitów, przekład z camońskiego i ilustracje W. Moers, przekład z W.Moersa bez ilustracji K. Bena, Wrocław 2006.

Na początek – makaron linkowy:

http://czytelnia.onet.pl/0,18774,0,1,nowosci.html

http://www.literatura.gildia.pl/tworcy/walter_moers/miasto_sniacych_ksiazek/fragment

http://www.literatura.gildia.pl/tworcy/walter_moers/miasto_sniacych_ksiazek/recenzja

http://www.literatura.gildia.pl/wywiady/wywiad-z-katarzyna-bena

 

Makaron proponuję zapić tymi oto musującymi widokami:  http://curiousexpeditions.org/2007/09/a_librophiliacs_love_letter_1.html

Życzę smacznego.

1.  W głębokich, zimnych jaskiniach,

Gdzie cienie łączą się z cieniami,

Stare księgi stłoczone w marzeniach

Śnią o czasach, gdy były drzewami.

Tam, gdzie węgiel rodzi diament,

Świtatło ni litość nie są znane,

Panuje na owej ziemi

Duch zwany Królem Cieni.

___ 

2. Tak, opowiem wam o miejscu, w którym czytanie może doprowadzić do szaleństwa. Gdzie książki mogą zranić, otruć, a nawet zabić. Tylko ci, którzy dla lektury tej książki naprawdę gotowi są na tego rodzaju niebezpieczeństwa; ci, którzy chcą zaryzykować własne życie, aby stać się częścią mojej opowieści, powinni towarzyszyć mi do następnego akapitu. Wszystkim pozostałym gratuluję tchórzliwej, ale w gruncie rzeczy rozsądnej  decyzji wycofania się. Wszystkiego dobrego, baby! Życzę wam długiego i śmiertelnie nudnego życia i macham  wam tym zdaniem na pożegnanie!

___ 

3. I oto były one, Śniące Książki. Tak w tym mieście nazywano antykwaryczne zasoby, ponieważ z handlowego punktu widzenia nie były one ani już naprawdę żywe, ani jeszcze całkiem martwe, znajdowały się bowiem w stanie przypominającym sen. Właściwy żywot miały już za sobą, a rozkład

przed sobą, tak więc drzemały sobie milionami milionów na wszystkich regałach i we wszystkich skrzyniach, w piwnicach i katakumbach Księgogrodu. Jedynie książka chwycona poszukującą ręką i otwarta przez nią, książka zakupiona i wyniesiona stamtąd, mogła ożyć nowym życiem.

___ 

4.  Psiarz w czerwonej aksamitnej pelerynie krążył wte i wewte przed domem i szczerząc przerażająco kły, szeptał złowieszczo do przechodniów: “Wejście do Gabinetu Niebezpiecznych Książek na własną odpowiedzialność! (…) Są tu książki, które potrafią ugryźć! Książki, które czyhają na wasze życie!

Trujące, duszące i latające książki. (…) Z bocznego wyjścia w regularnych odstępach wynoszono na noszach ciała przykryte prześcieradłami, zza zabitych deskami okien co rusz dochodził stłumione wrzaski, a mimo wszystko turyści tłumnie walili do gabinetu.

___ 

5.  Trzeba by napisać powieść przypisową, nic tylko przypisy do przypisów.

___ 

6. Och, nie interesuje się pan naukami ścisłymi? Szuka pan beletrystyki? Eskapistycznej literatury dla uciekających przed rzeczywistością? Szuka pan powieści?

___ 

7. Teraz wiedziałem już też, że tajemnicze trzeszczenie pochodziło z jego czaszki. Słyszało się po prostu, jak Eydeci myślą.

___ 

8. Zdumiony stałem długo przed tablicą, na której kredą wypisano wszystkie możliwe do zamówienia pyszności. Liczba potraw wraz z ich literackimi nazwami oszołomiła mnie: Atramentowe Wino i Kawa Powieścidło, słodki papier jadalny, który można było takze zamówić, Kakao Pocałunek Muz i Woda Pomysłów (to ostatnie, to w rzeczywistości dość brutalny, wysokoprocentowy absynt), Pralinki Grozy z nadzieniem – niespodzianką (dla czytających horrory, niektóre były  wypełnione octem, rybim tranem albo wysuszonymi mrówkami). 

___ 

9.  Już od stuleci zamożni księgogrodzcy kolekcjonerzy mieli w zwyczaju perfumować swe książki zapachami produkowanymi specjalne dla nich. (…) Wędzone Książki Kucharskie z wydawnictwa Szafran; pachnące melisą pisma leczącego medycyną naturalną doktora Bociana; Księgi igieł

świerkowych z Zielonej Epoki.

___ 

10.  Zamówiłem sobie w kawiarni filiżankę kawy z buchlingiem – słodkim ciastkiem w kształcie książki, wypełnionym musem z jabłek, naszpikowanym pistacjami i migdałami. (…) Handlarz, nim wręczył gorącą pieczoną książkę, zapakował ją w stronę, którą wyrwał z jakiegoś antykwarycznego dzieła. Nakłuł ją długa igłą, tak, że wypłynęło z niej pachnące cynamonem nadzienie, wyglądające jak płynna zakładka do książki.

___ 

11. Były opowieści przygodowe z dołączonymi chusteczkami do ocierania potu. Opowieści grozy z wprasowanymi liśćmi waleriany, które można wąchać dla uspokojenia, gdy napięcie sięga zenitu. Książki z ciężkimi zamkami, zapieczętowane przez natiftolską cenzurę (Kupno dozwolone, czytanie zabronione!).

___ 

12.  Opanowani manią wielkości buchemicy, wierzący, że wszystko, co fantazja stworzy na papierze, da się także stworzyć w rzeczywistości, przeprowadzali tu swoje straszliwe eksperymenty. (…) buchemicy

chcieli stworzyć olbrzyma, gigantyczną kreaturę z papieru, mającą chronić Księgogród przed wszystkimi wrogami. Ugotowano książki, czernidło drukarskie wymieszano z ziołami, odprawiono rytuały, aż w końcu ze zmiażdżonego dullsgardzkiego torfu cmentarnego uformowano postać trzykrotnie większą niż dom. Nasycili go czernidłem drukarskim, by wyglądał jeszcze bardziej przerażająco i nazwali Czarnym Człowiekiem. Następnie paru buchemików zabiło się, ofiarowując mu swoją krew, aby się jej napił. Na koniec wsadzili mu w głowę żelazny pręt i podczas burzy postawili  go z nogami w dwóch wannach pełnych wody. Potężna błyskawica uderzyła podobno w ten pręt z żelaza i obudziła Czarnego Człowieka.

___ 

13. Dopiero teraz zauważyłem regał z Cierpiącymi Człowieczkami. Było to sześć sztuk małych, sztucznych stworzeń, awanturujących się w swoich flaszeczkach i stukających w szkło. – Wypróbowuję na Cierpiących Człowieczkach dźwiękową  jakość literatury (…).  Czytam im wiersze i prozę. Nie rozumieją oczywiście ani słowa,  ale reagują na  melodię języka. Przy złej liryce wiją się jak w bólach. Przy dobrej  zaczynają śpiewać.  Rozpoznają smutne teksty po dźwiękach i zaczynają płakać.  (…) Wczoraj w nocy czytałem Cierpiącym Czowieczkom ustępy z pańskiego manuskryptu, aby sprawdzić jakość i melodię języka. Najpierw zaczęli śpiewać, a potem płakać, W końcu po kolei zaczęli opadać i umierać. Jakość tekstu ich zabiła.

___ 

14. Drewpora – tak nazywano w Księgogrodzie spokojne godziny wieczorne, błogie zakończenie księgarskiego i literackiego zamętu w ciągu dnia. Gdy do kominków wkładano grube belki drewna i zapalano fajki, gdy ciężkie wina roztaczały swe aromaty w brzuchatych kielichach, a lektorzy rozpoczynali odczyty: wówczas zaczynała się Drewpora. (…) Otwierano stare foliały i pierwsze wydania prosto z drukarni, a słuchacze przybliżali się, by słuchać deklamacji (…). Drewpora była czasem, kiedy ciało udawało się na spoczynek, a duch budził się prawdziwie do życia, czasem, w którym fantomy poezji powstawały z papieru, by tańczyć wokół głów słuchaczy i czytających.

___ 

15. Hulasebdener Szruti, legendarny derwisz, kompozytor późnego średniowiecza, wynalazł muzykę hałasów, którą można było wmieszać w każdą dowolną kompozycję. Bazowała ona na dźwiękach wywołujących strach: wycie psów pośród nocy, skrzypienie drzwi, kocie wrzaski, głosy szepczące z nicości, odgłosy tortur dochodzące z piwnicy, wredny chichot z poddasza, zawodzenie kobiet na bagnach, wrzaski z zakładu dla obłąkanych, paznokcie drapiące po łupkowych tabliczkach – każdy dźwięk potrafiący przerazić i dający się przedstawić za pomocą instrumentów. (…) Chadzano wówczas na koncerty,  żeby się przerażać. Owacje miały formę krzyków przerażenia, przypadki omdlenia były równoznaczne z prośbami o bisy, a gdy publiczność z krzykiem szturmowała do wyjścia, uznawano, że koncert odniósł pełen sukces. Modną fryzurą były włosy stojące ze strachu, poobgryzane paznokcie

uchodziły za szykowne, a spotykając się niespodziewanie na ulicy, pozdrawiano się efektownym “Buuuuuu!”, wyrzucając gwałtownie ręce w górę. Z tej epoki pochodzi cała masa instrumentów: szubieniczna harfa, dudy grozy, pietra, podwójny wyjący flet, piła śmierci, dwunastoramienny hałas z piwnicy, dusząca torba.

___ 

16. Historia Niebezpiecznych Książek rozpoczęła się prawdopodobnie tym, że jeden z książkowych piratów rozbił drugiemu czaszkę za pomocą ciężkiego tomu. W tym historycznym momencie zauważono, że książki mogą zabijać i od tego czasu metody napytania innym biedy za pomocą książek przez stulecia powielały się i subtelniały. Książki – pułapki łowców książek były tylko jednym z wariantów. (…) W wydrążonym tomie znajdowały się zatrute strzały i urządzenia do ich wystrzeliwania, maleńkie odłamki szkła wyrzucane przez niewielkie katapulty, sikawki ze żrącymi kwasami albo hermetycznie zamknięte trujące gazy. (…) Książki toksyczne impregnowane trucizną działającą przez dotyk były stosowane szczególnie w czasach  camońskiego średniowiecza. (…) Poprzez dotknięcie jednej, jedynej strony można było oniemieć, oguchnąć, zostać sparaliżowanym albo zwariować, nabawić się nieuleczalnej choroby czy też zasnąć snem wiecznym. Niektóre toksyny wywoływały śmiertelne napady śmiechu albo zaniki pamięci, delirium albo chorobliwe dreszcze. (…) pewne wydawnictwo z tego czasu zawsze jeden egzemplarz w każdym nakładzie infekowało śmiercionośną toksyną – i robiło sobie tym samym reklamę. Można by przypuszczać, że te książki zalegały na regałach jak ołów, ale działo się wręcz przeciwnie. Sprzedawały się jak świeże bułeczki. Obiecywały dreszczyk, którego nie mogła zaoferować normalna książka: dreszcz prawdziwego niebezpieczeństwa. Czytano je ze spoconym czołem i kartkowano drżącymi dłońmi, niezależnie od tego, jak nudna była ich treść. (…) Gdy otwierało się jedną z Analfabetycznych Książek Terrorystycznych, cały sklep wylatywał  w powietrze. (…) Zakodowane w księgach buchemików posthipnotyczne rozkazy były w stanie doprowadzić czytelników, nawet parę dni później, do rzucenia się ze skał do morza albo do wypicia litra rtęci. (…) Przebąkiwano o książkach, które szeptały i jęczały w ciemnościach, i o takich, które dusiły swych czytelników zakładkami, gdy ci zasypiali w trakcie lektury. Podobno zdarzyło się też kiedyś, że jeden z czytelników zniknął całkowicie w jednej z Niebezpiecznych Książek i już nigdy więcej go nie widziano. Znaleziono tylko jego fotel, z leżącą na nim otwartą książką, w której pojawił się nowy bohater noszący nazwisko zaginionego.

___ 

17.  - Życie jest niestety krótkie – zauważył książę Sommervogel z głębokim westchnieniem.

- Cóż – odparł jego przyjaciel Rocco Niapel, uśmiechając się, podczas gdy nalewał sobie szklankę wina – nie będę oponował, jeśli tym samym chcesz wyrazić pogląd, że egzystencja jest druzgocąco ograniczona.

Wchodzi Madame Fonesecca.

- Och – woła rozbawiona – widzę, że panowie rozmawiają znów o tej pożałowania godnej okoliczności, że bytowanie nasze na tym padole podlega zatrważającemu ograniczeniu w czasie.

[przykład powieści abundowej, charakteryzującej się tym, że jedna główna myśl powtarzana jest w niekończących się wariacjach - przyp. M.S.]

___ 

18.  Najwidoczniej poza twierdzosmoczanami także gnomy potrafią knolfnąć zębami. Wychodzę z założenia, że Rzeźbiarz Mitów chciał przez to powiedzieć, iż wydały z siebie odgłosy uznania. Nie wiadomo jednak, w jaki sposób mógł ocenić, że zrobiły to zębami, skoro były schowane.

___ 

19.  Książki się ruszały! Nie szczególnie mocno, ale widziałem dokładnie, że ich grzbiety podnosiły się i opadały lekko, jak gdyby oddychały. Coś we mnie wzdrygnęło się przed dotknięciem ich, jakby chodziło o nieznane zwierzęta, o których nie wiadomo, czy gryzą, czy nie.

___ 

20.  Każdy buchling uczy się na pamięć całego dorobku wielkiego pisarza. Taki jest cel naszego życia. Ja jestem w trakcie zapamiętywania dzieł zebranych Gofida Letterkerla. On nadal pisze, wiec jestem, że tak powie, niedokończony. (…) Każdy buchling nabiera w końcu cech charakteru poety, którego uczy się na pamięć, to nieuniknione. To nasze przeznaczenie. Z natury jesteśmy niczym niezapisane kartki, które chcą być zapisane, bez własnej osobowości.

___ 

21.  Istnieje takie miejsce w kosmosie, gdzie skupiają się wszystkie artystyczne idee, ścierają

się ze sobą i tworzą nowe (…). Natężenie kreatywności w tym miejscu musi być ogromnie wielkie, niewidzialna planeta z morzami z muzyki, rzekami czystej inspiracji i z wulkanami wypluwającymi myśli, przeszywana błyskawicami duchowości. To jest Orm. Pole siłowe wyrzucające z siebie hojnie energię.

___ 

22. Odżywiamy się czytaniem!

___ 

23. Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

W jednym, jedynym zdaniu nie powinno występować więcej niż milion mrówek, chyba że chodzi o naukowe dzieło o mrówkach.

Opowieści grozy pisze się najlepiej z zimnym okładem na karku.

Jeśli jedno z twoich zdań przypomina ci trąbę słonia, który próbuje podnieść fistaszka, to powinieneś je jeszcze przemyśleć.

___ 

24.  Przypuszczamy, że rośniemy w książkach, tak jak pisklęta w jajach.

___ 

25. Ciekawość jest najpotężniejszą siłą napędową w kosmosie, ponieważ jest w stanie pokonać dwie największe siły hamujące: rozsądek i strach.

___ 

26.  Książki te robiły takie wrażenie, wywoływały taką grozę i strach, że ich czytelnicy często w środku lektury wyrzucali je z krzykiem do kąta i chowali się za meblami, bo nie mogli już wytrzymać. Niektórzy zwolennicy literatury Jeżącej Włos w wyniku nadmiernej ich konsumpcji wariowali ze strachu, lądując w zakładach zamkniętych i wpadali w ataki histerii, gdy tylko z daleka pokazywano im jakąś książkę, nawet gdy była to książka kucharska. (…) Można podobno usłyszeć, jak Jeżące Włos Księgi szeptały i szlochały w ciemnościach. Otwierały się ze skrzypieniem jak zardzewiałe drzwi do podziemnych, dawno zapomnianych lochów, w których czaiło się Nienazwane. Gdy je otwierano, nierzadko wyrywał się z nich upiorny krzyk lub potworny śmiech. Czasami wydobywało się z nich zimne tchnienie, wiatr wypełniony szeptami, poruszający pożółkłymi zasłonami w pokojach umierających w prastarych, przeklętych zamkach, wypełnionych niespokojną obecnością przeklętych dusz. Książki te potrafiły rozpłynąć się w powietrzu w trakcie czytania i z chichotem zmaterializować w zupełnie innym miejscu w pokoju. Z ich stron wyskakiwała czasem odrąbana włochata ręka z dziesięcioma palcami, by przespacerować się po ręce czytelnika jak pająk, po czym rzucała się w ogień kominka i wyjąc płonęła. Teksty zawarte w Jeżących Włos Księgach składały się prawie wyłącznie ze słów budzących najbardziej nieprzyjemne odczucia. Były to słowa i zwroty takie, jak: zdrętwiały, kościsty, posępny, wielonożny, dreszczowy, niesamowity, grobowy głos, godzina upiorów albo pożarty przez robaki. Literatura Jeżąca Włos wprowadziła do użytku także parę nowych tworów, w których słowa te połączono ze sobą dla spotęgowania ich oddziaływania, jak na przykład zdrętwiałokościsty, posępnodreszczowy albo wielceniesamowity. (…) Czytanie Jeżącej Włos Księgi równało się spacerowi podziemnymi piwnicami, które odkryło się o północy za ukrytymi drzwiami – w opuszczonym zakładzie dla umysłowo chorych, w którym straszyły niespokojne upiorymasowych morderców. Jakby było się w zatęchłej piwnicy pełnej pajęczych sieci, którą bada się świecą migoczącą w drżącej dłoni, podczas gdy prychają na nas  czerwonookie szczury, a lodowate macki chwytają za nasze kostki. (…) Zestresowany czytelnik opuszcza książkę i zaczyna obgryzać paznokcie. Nie powinien jej raczej odłożyć? Zakopać? Spalić? Zamurować? Ale przecież to takie pasjonujące! Tam! Uderzenie dzwonu, gdzieś z oddali jak gdyby wydobyte z dzwonka na umarłych,  poruszonego przez otulonego czernią kosiarza, który nadszedł, by… Nie, to tylko pusty kieliszek po winie trącony łokciem. (…) buchemicy (…) stworzyli eliksir, który, gdy perfumowano nim strony książek, wywoływał wszystkie opisane symptomy strachu, od gęsiej skórki po zatrzymanie akcji serca.

___ 

27. Gruchnęła o ziemię, głośno zaszeleściła, z okładki wysunęło się cztery, sześć, osiem małych nóżek i uciekła ode mnie prościutko w stronę przeciwległej ściany z książkami. (…) To było fascynujące: książki, które mogły się rozmnażać i samodzielnie stworzyć bibliotekę. (…) Książka prychnęła i ugryzła mnie w rękę. (…) To były latające Żywe Księgi, wariant nietoperzowy.

___ 

28.  Nie mógł patrzeć na żadną gnającą po niebie chmurę, nie widząc w niej epickiej historii jakiegoś ludu chmur. Ani na pędzącą wodę, nie widząc w niej przezroczystych bajecznych postaci. Ani na łąkę, nie wymyślając zaraz sagi o rasie źdźbeł trawy.

___ 

29.  Stworzyli rodzaj papieru, który był tak wrażliwy na światło, że zapalał się momentalnie, gdy padał na niego choć jeden promień słońca, ba, nawet promień tego ciała niebieskiego odbity przez księżyc. Papier, który mógł istnieć tylko w ciemnościach katakumb. (…) Ten tajemny papier, wraz ze znajdującym się na nim tajemnym pismem, jest twoją nową skórą. Nasączyliśmy go rozmaitymi  animistycznymi i buchemicznymi olejami i esencjami, a potem przykleiliśmy do twego mięsa za pomocą jedynego w swym rodzaju kleju książkowego, któreo nie da sięniczym rozpuścić. Jeśli będziesz próbował oderwać swoją nową skórę od ciała, sam rozerwiesz się na strzępy.

___ 

30.  Strumień poetycki z mózgu jest niewłaściwie skierowany. Twoja prawa ręka nie jest twoją ręką do pisania. Musisz pisać lewą.

___ 

31. Był tak utalentowany, że aż od tego umarł.

___ 

32. Olbrzym jest naukowcem. Albo kimś w rodzaju alchemika. Czyta. Czyta te wszystkie olbrzymie książki, które tutaj widzisz. Eksperymentuje w gigantycznych laboratoriach niedaleko stąd. Zaciągnął zwłoki swoich przodków do olbrzymiej lodowej jaskini. Wydaje mi się, że przeżył tak długo jedynie dzięki temu, że pożera ich jednego po drugim.

___ 

33.  Piromańska Powieść Pobudzająca, szczególnie nieprzyjemny odłam literatury trywialnej, nastawiony na klientelę odczuwającą swego rodzaju zaspokojenie w trakcie czytania opisów ogromnych, niszczących wszystko pożarów.

___ 

34.  Od gwiazd pochodzimy i ku gwiazdom zmierzamy.

Życie jest tylko podróżą w nieznane.

 

Nemo sapiens, nisi patiens

 Proszę o cierpliwość. Dopiero zasiałam słowa:

Osobisty pamiętnik wampira Academicusa przez niego samego spisany

H: Co robi człowiek, którego szukasz?
C: Zabija kobiety.
H: Nie, to robi na marginesie. A co robi przede wszystkim?
Jaką potrzebę zaspokaja podczas zabijania?
C: Wyładowuje gniew, szuka akceptacji, zaspokaja seksualne frustracje…
H: Nie, on podziwia. To leży w jego naturze. W jaki sposób budzi  się w nas
podziw? Czy szukamy obiektów podziwu? Postaraj się odpowiedzieć od razu.
C: Nie, my…
H: Zaczynamy podziwiać to, co widzimy codziennie. Nie czujesz spojrzeń
wędrujących po twoim ciele?A czy twoje oczy nie szukają tego, czego pragniesz? 
.
(Milczenie Owiec, cytat ze ścieżki dźwiękowej filmu
 -fragment rozmowy Hannibala z Clarice)   

.

 Wydawać by się mogło, że na temat wampirów powiedziano już wystarczająco dużo, a to wszystko zostało zgrabnie wyssane z ksiąg wszelakich i wyjęzyczone w formie zwampiryzowanego tekstu, przyszpilonego do kart osikowym piórem prof. Marii Janion (patrz: „Wampir. Biografia symboliczna”).Nic bardziej mylnego! Oto bowiem nastał czas, by wyjawić długo niedopuszczaną do świadomości zbiorowej, objętą wykształciuchowym tabu i ukrytą za woalem poprawności wampirycznej tajemnicę… Pora przerwać cienką czerwoną linię milczenia – i przedstawić Szanownemu Czytelnikowi wampira ACADEMICUSA. 

Academicus to wampir intelektualny, jego naturalne środowisko życia stanowią – jak sama nazwa sugeruje – wyższe uczelnie państwowe, ze wskazaniem na wydziały filologiczne, gdyż słowa, słowa, słowa… i słowa o słowach współtworzą koloryt lokalny, który doskonale komponuje się z malowniczą psychiką Academicusa. A trzeba wiedzieć, że Academicus to słowofil, słowoman, słowomaniak, słowoholik, nic dziwnego zatem, że w temperaturze książkowej jego wampiryczne myśli nabierają rumieńców gorejących pod pancerzem chronicznej bladości. Bladość owa jest efektem działania promieni tekstowych, generowanych przez wertowane tabule literatury pięknej. Nałogowy, trzepoczący kartkami czytelnik (tzw. nietoperz książkowy, czyli jedna z postaci, jaką przybiera Academicus) opala się przez to na biało. I wszystko jasne. 

Fizys Academicusa, oprócz wspomnianej bladości, nie odznacza się niczym szczególnym, dzięki czemu z łatwością może się on wtopić w studencką gawiedź. Bo Academicus to wampiryczna odmiana STUDENTA, choć nierzadko wpada on w szał ciał pedagogicznych, przybierając postać wykładowcy-wodzireja wiedzy (na balu u Wolanda), zwłaszcza że np. zaszczytny tytuł „dr” budzi nieprzypadkowe skojarzenia z pierwszymi literami imienia Dracula, zaś „prof.” – ze słowem profanum… Ale skupmy się na jego pierwszej odmianie. 

Academicus, mimo że posiada cechy dystynktywne płci żeńskiej lub (rzadziej) męskiej, wykracza swoją egzystencją daleko poza orbitę płci; to wytrawny smakosz umysłów, więc status biologiczny ich „nosicieli” nie ma dla niego większego znaczenia. Jednocześnie trzeba zaznaczyć, iż obiektami jego wampirycznej działalności stają się zazwyczaj wykładowczynie – prawdopodobnie ze względu na atrakcyjniejsze manifestacje (nie mylić z manifami! albo mylić – będzie pikantniej…) ich zmysłowego intelektu (ot, wyobraźmy sobie taki striptiz szarych komórek). Panowie wykładowcy, oczywiście, także miewają ponętne mózgi, toteż – jeżeli tylko potrafią tego dowieść, oświetlając owym organem (tj. mózgiem), niczym reflektorem, soczyście ubarwioną osobowość – mogą liczyć na żywe zainteresowanie Academicusa, który musi pozostawać w stanie permanentnej INFLACJI EGO[1], inaczej jego sens życia zapada w hibernację bądź estywację (w zależności od semestru…). Krótko mówiąc – Academicus jest nałogowym admiratorem pięknych umysłów, pogrążonych w aromatycznej aurze niedostępności, tajemnicy, kontrowersji, ekscentryzmu… Academicusa pociągają intelektualne kurioza-precjoza, on pragnie zatopić w nich kły mądrości, z pomlaskiwaniem sącząc wiedzę (tzw. “KREW FILOZOFICZNĄ”); on pragnie uwieść swoje „ofiary” niefizycznie, dokonać czegoś w rodzaju emocjonalnej roszady, polegającej na sprytnym przesunięciu przedmiotu wampirycznej fascynacji w sferę podmiotu zafascynowanego samym Academicusem. Z kulis tejże roszady sprawę winien zdawać sobie JEDYNIE Academicus, czyli wykonawca wampirycznej czynności. Nie jest bowiem wskazane, aby CEL wiedział, że jest celem (dodać należy, że cel osiągnięty staje się środkiem… wyrazu nowego celu). Jednocześnie -

trzeba kąsać, wypijać krew (…), ale i zapobiegać temu, by [cel - przyp. M.S.] od owych ukąszeń nie stał się wampirem, gdyż wtedy – w walce wampirów między sobą – szanse się niebezpiecznie wyrównują

(M. Janion, Polacy i ich wampiry [w:] Zło i fantazmaty)

To daje Academicusowi przewagę nad celem. Jeżeli zaś cel jakimś cudem domyśli się, ze jest tym, czym jest, czyli celem ;) , może wówczas albo pogodzić się z narzuconą mu rolą, dokładając wszelkich starań, by zaspokoić twórczy głód Academicusa, i czerpiąc z tego perwersyjną przyjemność, albo też przyjąć postawę defensywną, próbując poszczuć Academicusa osikowym kołkiem obojętności (Boże uchowaj!) bądź czosnkową wonią antypatii (a fe!). Zwykle jednak nie odnotowuje się reakcji alergicznych na zidentyfikowanego Academicusa. Chyba że nastąpi błędna identyfikacja, tzn. stawiająca go w nieprzychylnym świetle - bo podkreślić należy, że wszelkie pejoratywnie nacechowane sądy (np. „lizus”, „prowokator”, „dewiant”, „pozer”), dotyczące naszego bohatera – są fałszywe. Tymczasem Academicus to po prostu, w najdoskonalszym tego słowa znaczeniu – Academicus, nawet wówczas, gdy przekracza siebie poprzez wkroczenie w cudzą psychikę. A przekraczając siebie – poszerza siebie. Zatacza kręgi swojej obecności, rozwija się jak kłącze. Wampiryczne, rzecz jasna. 

 [Słucham? Cóż, niewykluczone, Herr Freud, że owo „wkroczenie w psychikę” jest formą działalności „fallicznej”, zmierzającej ku zapłodnieniu czyjejś duszy wampiryzującymi myślami, zdolnymi wessać w siebie duszę „ofiary”. Obawiam się jednak, mein Herr, że oznaczałoby to sprowadzenie obu płci do maskulinistycznego, chutliwego wielce mianownika. Dobrze, przedyskutujemy to wieczorem. Tam, gdzie zawsze, Herr – w tawernie „Pod Morfeuszem”. Tylko proszę pamiętać – łapy przy sobie!] 

Preludia do rozwijających się fascynacji Academicusa grają najczęściej uczucia ambiwalentne; rzadko się zdarza, by zarzucił on sieć chłonnych skojarzeń na kogoś, kto daje się lubić od pierwszego nawiedzenia. Przyszła ofiara Academicusa powinna na początku wzbudzać w nim rodzaj lęku zmieszanego z zazdrością i wrogością, lęku przed Nieznanym, przed dominacją wyrazistej, a zarazem enigmatycznej osobowości. Academicus, przy sprzyjających okolicznościach przyrody duchowej, rychło zaczyna rozsmakowywać się we własnym strachu, kompilując w myślach sugestywne cytaty:  

- Jest Pani bardzo otwarta. Poznać Panią prywatnie to byłoby coś.
-Coś za coś, doktorze.                                                

 (Milczenie Owiec, cytat ze ścieżki dźwiękowej filmu)  

 Dopóki jawiła się jako Królowa Śniegu, wyniosła i urodziwa, chłodna i niedostępna, marzenia z nią związane miały charakter drapieżny, były podszyte gwałtem. Chciało się ją „obnażyć”, wytrącić z równowagi, przyłapać na słabości – przekonać się, krótko mówiąc, czy ma też inne oblicze, a jeśli tak, to jakie. Z chwilą zaś, gdy opowieść o kolejach jej życia strąciła ją z Olimpu i zesłała na ziemię, wyznaczając w dodatku los niecodziennie gorzki, zmienił się również rodzaj budzonych przez nią emocji. Miejsce mrocznych pożądań, dzikich i perwersyjnych, zajęło onieśmielenie i niema fascynacja, nacechowana respektem i niekłamanym współczuciem. I to właśnie było piekłem. Bo ginęła nadzieja na jakiekolwiek remedium. Gdy w grę wchodziła tylko dławiąca ekscytacja, podrażniona ambicja, poczucie podrzędności, to wszystko dawało się jeszcze tak czy inaczej łagodzić (…). Tymczasem urzeczenie brzemienne w szacunek i żal kompletnie wiązało ręce. 

(Antoni Libera, Madame)

 Strach toruje drogę fascynacji (Academicus, w pewnym sensie, pozwala się uwieść strachem), w którą wpisane jest czysto wampiryczne pragnienie wyssania z ofiary jej efemerycznej boskości – przyczyny strachu (mysterium tremendum et fascinans), pragnienie kradzieży ognia z jej prywatnego Olimpu, a następnie strącenia jej zeń i wykonania miłosiernego gestu tryumfatora – poprzez strzepanie ziemskiego kurzu z obolałych po upadku kolan ex-Bogini. Ale Academicus wie doskonale, że całkowite ziszczenie tego pragnienia oznaczałoby kres życiodajnej fascynacji, dlatego stara się maksymalnie przedłużać pobyt ofiary na Olimpie, wampiryzując ją powoli, choć z coraz większym apetytem na… wiedzę. Na władzę nad wiedzą. Zasada jest prosta: fascynacja maleje proporcjonalnie do kurczącego się dystansu emocjonalnego pomiędzy Academicusem a jego CELEM (w szczególnych przypadkach przechodzi ona w inną formę i rośnie – wespół z uzależnieniem od celu, czego Academicus sam niekiedy nie rozumie, więc Czytelnik też nie musi). Fascynacja trwa dopóty, dopóki cel, czyli obiekt wampiryczno-intelektualnej fascynacji, nie zostanie osiągnięty, czyli poznany i omamiony na tyle, by przestał być wyzwaniem, tajemnicą do odkrycia, pucharem pełnym świeżej wiedzy do wypicia. Na (nie)szczęście Academicusa zdarza się to dosyć rzadko, gdyż albo brakuje czasu na zrealizowanie demonicznego planu, na pełną eksploatację zasobów umysłowych ofiary poprzez rozpłomienienie kontaktu z nią, albo realizacja tegoż planu zostaje przez Academicusa wstrzymana z powodów pragmatycznych (chomikowanie cennej energii na czarną godzinę) bądź… osobistych (!), wiążących się ze wzniosłym pragnieniem unieśmiertelnienia swojej „spiżarni” duchowej, trwalszej niż ze spiżu (chyba że wygłodzony i zdesperowany Academicus zdecyduje się – przy sprzyjających warunkach uczelnianych – powrócić i dokończyć to, co zaczął). 

Academicus obserwuje.

Academicus obserwuje.

Academicus obserwuje. 

Academicus obserwuje, albowiem baczna obserwacja tkwi w jego skrytej naturze; oko jest podstawowym narzędziem pracy tego niezwykłego spektatora-prestidigitatora, potrafiącego zdobyć się na oszałamiającą ekwilibrystykę spojrzeń; im silniej dany widok dokręca śruby źrenic Academicusa, tym więcej myśli wytwarza się w kuźni jego umysłu. Nim jednak zostaną one przekute na potężne zaklęcia, na odurzające iniekcje słowne, musi upłynąć trochę czasu. 

Academicus penetruje.

Academicus penetruje.

Academicus penetruje. 

Academicus penetruje, lustruje cel całą swoją obecnością; zbliża się doń krok po kroku, z krzesła na krzesło – im pewniej się czuje, tym bliżej ofiary decyduje się zakotwiczyć, spoglądając na nią przenikliwie, implozyjnie, zachłannie, świdrująco, ekstatycznie, wręcz onieśmielająco – ze swego „bocianiego gniazda”, ozdobionego niewidzialną piracką banderą.  

Wzmożonemu zainteresowaniu ofiarą towarzyszą zazwyczaj zmiany w wyglądzie i zachowaniu Academicusa: drżenie mięśni, dreszcze – naprzemienne z falami przyjemnego ciepła, przyśpieszone gromobicie serca, ogniki św. Elma w oczach, nerwowość, ekspansywny, zaraźliwy uśmiech, ekscentryzacja i teatralizacja ochoczo manifestowanych zwyczajów (np. rzucająca się w oczy broszka z pająkiem lub nietoperzem, krawat w kościotrupy, wiktoriańskie szaty w kolorze fluoroscencyjnej ćwikły czy inne wabiki – elementy emploi adekwatnego względem tematyki konwersatorium czy wykładu…), skłonność do nadobowiązkowego wysiłku intelektualnego, wyrażającego się w wysokoprocentowym przygotowaniu do zajęć (patrz: rosnący kopiec notatek i książek gromadzonych ostentacyjnie na ławce), monotematyczność, uporczywa refleksyjność, nadczynność wyobraźni (ze skłonnością do obsadzania ofiary w roli głównej), nieoczekiwane paraliże lub spektakularne seksplozje werbalne (żeby nie rzec: oralne), fanatyczna dążność do perfekcji w natchnionych wyjęzyczeniach (o ile dopuści się Academicusa do głosu, i o ile nie zwampiryzuje go trema), gra w klasy spojrzeń… Jednym słowem – Academicus sprawia wówczas wrażenie, jakby sam był wampiryzowany, opętany epifanią Mistrza („yesss, Massster!”), czy wręcz zakochany. Ale to jedynie pozory, będące częścią strategii, w której bodziec jest CELEM, a cel BODŹCEM – do rozwoju duchowego tego wiecznie nienasyconego smakosza umysłów (warto w tym miejscu przypomnieć sobie jedno z ulubionych dań doktora Lectera). Przy wypełniającej go wówczas słodyczy przeżywanego Absolutu stan zakochania wydaje się być jeno trywialną sacharyną podniecenia. 

Nawiązywanie kontaktu i porozumienia z obiektem fascynacji sprawia Academicusowi dziką przyjemność, szczególnie jeśli odbywa się to w atmosferze rywalizacji (dobry rywal to pokonany rywal) o względy istoty wampiryzowanej i trofea pochwał. Każda, zwłaszcza odpowiadająca oczekiwaniom Academicusa, reakcja ofiary na strategiczne gesty zostaje przezeń poddana głębokiej analizie. Nic nie ujdzie Academicusowej uwadze, on musi wiedzieć CO NAJMNIEJ WSZYSTKO na temat CELU, nie wyłączając informacji rozsianych w publikacjach naukowych (autorstwa ofiary), wypowiedziach uczelnianych pobratymców, Pudelku.pl…;) Academicus wychodzi bowiem z założenia, że im większa jest jego orientacja w „terenie egzystencjalnym” ofiary, tym łatwiej będzie mu potem zbliżyć się do niej, rekonstruując swoim zachowaniem obraz studenta modelowego, tkwiącego (przypuszczalnie) w jej łaknących urzeczywistnienia wyobrażeniach. Próby owej rekonstrukcji dokonywane są przy użyciu słów-czułków, którymi Academicus powoli i ostrożnie sonduje powierzchnię obiektu zainteresowania. Na początku słowa te przypominają ćmy-kamikadze, lecące ku światłu zadanych pytań, i znikające w nim. Frrru-frrru. Szelest. Szmer. Szept. S(z)yk. Pytanie-odpowiedź. Potem, kiedy droga do świat(ł)oodczucia ofiary zostaje przetarta energicznym ruchem skrzydełek zwiadowczych ciem, do głosu dochodzą aksamitne, nieśpieszne słowa-motyle, zapylające kwiat pamięci (wiadomo czyjej) wydestylowanymi refleksjami („Rzekła lilia do motyla: nikt nie patrzy, niech pan zapyla!” Jan Sztaudynger). Chodzi o to, by CEL poczuł te mieniące się osobowością Academicusa słowa-motyle nie tylko w brzuchu (chyba że jest brzuchomówcą), ale przede wszystkim – na końcu języka. A każdy język ma dwa końce. Istotny jest, rzecz jasna, ten drugi koniec, zapuszczający żurawia w głąb ciała, zwanego czasem duszą – otwartą na Academicusa. 

Skoro już mowa o słowach-motylach, to wypadałoby też wspomnieć na koniec o Academicusowych, zwinnych słowach-pająkach; przędą one niewidzialną sieć pomiędzy wampirem a jego celem, sieć, w którą wpadają potem spojrzenia, gesty, niewypowiedziane myśli, podteksty, aluzje, fantazmaty, imponderabilia, fragmenty niedokończonego dzieła… 

…i promionki przyjaźni, która przemienia Academicusa w Człowieka. W wiecznego Ucznia, który nieustannie szuka “Nauczyciela i Mistrza”. A nikt nie będzie kochał swych Mistrzów tak, jak ich kocha Academicus.

 

Trzeba życie rozłamać w dwie wielkie półowy,
Jedną godziną myśli – trzeba w przeszłość wrócić;
I przeszłość jako obraz ściemniały i płowy,
Pełny pobladłych twarzy, ku słońcu odwrócić…
                                                                                            

 (J. Słowacki, Godzina myśli) 


[1] Stan archetypowego wzrostu świadomości indywidualnej, natchnienia przez symbole („rozdęcie ja”); stan uwznioślenia, fascynacji, podniosłości często występujący w snach, najczęściej w formie latania, unoszenia się w powietrzu, stania na szczytach gór lub wielkich budowli, w obrazach kosmicznych i doświadczaniu magicznych mocy. Inflacja jest również nieodłącznym elementem twórczości wizjonerskiej, przeżyć duchowych, wizji narkotycznych i niektórych zaburzeń psychicznych (mania, paranoja, schizofrenia). Zob. http://www.eneteia.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=199&Itemid=1

Kładę sopelki na wąsikach myszy

Nie było lata. Jesień szła od wiosny

Jak ziąb – od wody, jak od dzwonu kręgi.

(…)

Nie było lata. Nadciągała zima,

Kładła sopelki na wąsikach myszy.

(St. Grochowiak – ***)

Było, choć swoje brudne i lepkie od dotyku roznegliżowanych ciał dłonie zdążyło już obmyć w strugach jesiennego dżdżu – cyklicznego katharsis. Było, choć wszystkie jego wyskokowe miłostki, które - najadłszy się nadziewanych nadzieją afektów - rzucały cienie olbrzymów, wyszły z tych swoich cieni jako karły. I znikną zupełnie, gdy tylko zgaśnie ostatni promień opalenizny – tego efemerycznego tatuażu ogłupiającego słońca. Było. Powypychało kieszenie ciepłem. Światłem. Biletami. Niedopałkami słów i gestów (choć słowo w gruncie rzeczy też jest rodzajem gestu). Zapachami miejsc. Każde Miejsce powoli prze-i-stacza się w Czas. A w międzyczasie odbywa się nieuświadomiona przez nas rekrutacja wspomnień, organizowana przez Instytucję Snu. Było. Naświetliło przestrzeń, której obraz zima rychło ukaże w negatywie. Albo i nie. Zmityzowało przestrzeń, by ta w co wrażliwszych spojrzeniach nabrała międzyludzkich odcieni. Świat poszerzony o drugiego człowieka. Świat postarzony o drugiego człowieka. Świat pogrążony w drugim człowieku. Świat prześwi(a)tujący drugim człowiekiem – na zawsze lub do momentu, w którym wewnętrzna opalenizna zniknie. Ty zadecyduj. A teraz przytul się do mnie, moja szara myszko samotności. Kładę sopelki na twoich wąsikach. Powiedz wszystkim, że lata nie było. A potem mów, co chcesz.

 

___

http://homonimia.wordpress.com/admiratorium/ - zapraszam do degustacji pełnoziarnistych słów Elfriede Jelinek.

Ballada Zaludna

   Pisze się, by być kochanym, a jest się czytanym, nie mogąc być kochanym – i zapewne ten właśnie rozziew tworzy pisarza.

                                                                                                                                    R.Barthes

 ***

 Jak bardzo mnie tu nie było? Miarą tego jest zapewne to, co przez czas mego tu-nie-bycia się nie stało, co zdarzyć się mogło, jak i to, co zdarzyć się musiało, zdarzyło się wcześniej, bliżej, później, dalej. Nie było mnie bardzo. Jeno miejsce, gdzie być mogłam, jeszcze trwało i szumiało, próżne miejsce na tę duszę, wonne miejsce na to ciało. Czas otrąbił uroczystość spełnionego nieistnienia. Nie było mnie tak bardzo, że w końcu (a może na początku)

jestem – tam, gdzie mnie nie ma mnie tu, gdzie jestem.

Z Ciebie jestem - do Ciebie, spomiędzy – pomiędzy Ciebie, Miły Czytelniku.  Wyantycypowałeś mnie. Twoja myśl skierowana w moją rozmytą stronę okazała się celnym strzałem w imponderabilia. Huk. Gromobicie ciszy. Spadłam jak grom z jasnego nieba, jak moneta, która do tej pory chwiała się na swojej krawędzi. Orzeł i Reszka. Piszący i Czytający.

Przypomnij mnie taką, jaką mnie tu nie było, gdy siebie zapomnieć mi przyjdzie. A potem zapomnij o mnie, miły, zapomnij mnie. Bo narodzi się lepsza pamięć. Pamięć Absolutna. Wypijemy Lete w lecie, będziemy wygrzewać się na inaczej pomyślanym mrozie i przywracać opadłe owoce do pierwotnego drzewostanu, nasz Powrót do Niewinności okaże się krokiem naprzód – w Godzinę Myśli, w Uwidocznienie Woli, w Słowo wyzwolone spod jarzma falsyfikacji. Istnieje to, co chcemy, żeby istniało. Istnieje to, co chcemy, żeby nie istniało. Nie było mnie więc, abym mogła być bardziej. Nie było mnie, więc jestem…

…studentką V roku Fly’ologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, autorką świeżo wydrukowanej publikacji naukowej pt. “Słowiczy niepokój – o cienistych rejonach idylli w poezji Teofila Lenartowicza - w dwumiesięczniku “Literatura Ludowa” (1/2007), osobą zdeklinowaną w koniugacjach, właścicielką królika, chomika, myszoskoczka, szczura, papug, zarybionego akwarium, a niedługo być może i fretki (!), przyszłą sprawczynią powieści pt. “Pan od szubienic” – w duchu schopenhaueroidalnej, w ciele – autotematycznej, istotą Jakubolubną (określenie “ciepłolubna” ubiega się o tytuł synonimu “Jakubolubnej”), słowopylną, te(k)stualną, Jungniętą, skrawaną, z karawaną, odklejaną, przyklejaną, spiętą, zszytą, zżytą, kolażywotną, zorigamioną, złożoną w samolocik i puszczoną w gwiazdy, istotą z włosami zaplecionymi w warkocz komety, z Marsem na czole i Wenus w Milo, dziewczęciem skroplonym w kobietę – dawno temu, gdy…

… Brat mój sprowadzał do domu inne kobiety; wszystkie były kwadradowe lub prostokątne, błyszczące i otwarte, potrafiły się dobrze rozkręcić. Najbardziej lubiły śpiewać: Enya – do anielskich chórów, Tori – śpiewała w siebie; trzeba było ją połknąć w całości, aby usłyszeć pierwsze wdzięki dźwięków – krople krwi. W międzyczasie – toczyło się życie i doturlało aż tu swój giętki przecinek:  ,

Pierwsze czytanie z Księgi Natury

Gdybym go miała opisać tym Drzewem
Co korzeń błyskawic zarzuca jak sieć
Pierwszych skojarzeń, rozpiętą na niebie
Gdzie Bóg łowi ptaki, zmieniając je w deszcz
Słowa bym wówczas szukała po burzy
Bo zawsze mi z Drzewa zrywała kiść gwiazd
Całą dla niego (czy w pestkach tkwią Muzy?)
I to rzekłszy Ewa – stworzyła mu świat.

Cała jesteś w promionkach

 Najwyższym szczęściem jest miłość wolna od zmysłowości. Rozkosz jej polega na wzajemnym patrzeniu na siebie, na wymianie promionków, które grając w oku człowieka są przędzą z przymiotów duszy usnutą. Trzy są najcenniejsze promionki: piękność, czułość, niewinność; otaczają one osoby zakochanych jakby aureolą, opromieniając ich życie uczuciem błogiej harmonii.

(S. Wasylewski, Życie polskie w XIX wieku, Kraków 1962, s.271.)

***

KOBIETA: Czy śpisz, kotku?
MĘŻCZYZNA: Nie.
KOBIETA: A co robisz, kotku?
MĘŻCZYZNA: Zdechłem, piesku.
KOBIETA: Żartujesz, kotku.
MĘŻCZYZNA: Żartuję, piesku.

(T. Różewicz, Świadkowie albo nasza mała stabilizacja, Kraków 1986, s. 10.)

***

   Pierwszy z zacytowanych fragmentów jest opisem teorii “miłości promienistej” Tomasza Zana – jednego z czołowych filomatów wileńskich. Ujął mnie ten naiwny quasi-mesmeryzm, choć nie da się ukryć, że zaistniała w nim pewna delikatna sprzeczność, albowiem owe ponadzmysłowe promionki, zwłaszcza piękność i czułość, zdają się pełnymi garściami czerpać z niewyczerpanego pokładu zmysłów właśnie. A nie przypominam sobie, by opiewane przez poetów romantyczne heroiny grzeszyły szpetnością, jakoś tak się szczęśliwie składało, że wzniosła efemeryda Ducha zawsze miała powód ku temu, by przy okazji zapylić zmysły… Nie oznacza to jednak, że byli romantycy wyłącznie chutliwymi aforystami w białych rękawiczkach, dealerami prostych podniet – sprytnie wystylizowanych na wzniosłe ideały, operatorami “wewnętrznego oka”, które zupełnie przypadkowo trafiało to w biuścik, to w nóżkę – jak na obrazach kubistów. Bynajmniej – romantyczne związki uczuciowe opierały się zazwyczaj na porywającym dialogu ludzi oczytanych, nierzadko artystycznie usposobionych, dystyngowanych, wzajemnie “namuzowywujących” się,  spokrewnionych na niwie zamiłowań, cechujących się czymś, co dziś określilibyśmy mianem inteligencji emocjonalnej. To były neuronowe powinowactwa z wyboru. Przynajmniej w literaturze. Bo poza nią różnie bywało, np. nasz wieszcz Adam ponoć regularnie odwiedzał burdele i jak ostatnia świnia wcinał ociekającą tłuszczem kiełbasę. Swoistą czkawką literacką po tym wszystkim okazał się dziadowski (w sensie – z “Dziadów cz. IV” :) ) Gustaw, który nie kiełbasę pożerał, a książki. Te najbardziej ościste i chrząstkowate – książki zbójeckie. Ale dajmy pokój temu.

Drugi zacytowany fragment zamieszczony tu został dla kontrastu. Przyszło nam bowiem żyć w erze skrojonej na miarę występujących w nim słów, w erze misiów-pysiów, misiaczków, kotków, koteczków, kiciusiów, tygrysków, gwiazdek, króliczków, złotek (w czym niby sreberka są gorsze?), aniołków, słoneczek, żuczków, robaczków, kochań, skarbów, towarów, lasek, dup i innych kuriozów. Ale dlaczego nikt nikogo nie nazwie chociażby “promionkiem”? I pomyśleć, że Eskimosi mają kilkadziesiąt wyrazów nazywających różne odmiany śniegu… Może gdyby to nie wiosna, a zima funkcjonowała w kulturze jako pora Amora, mielibyśmy większy przyrost słowotwórczy…

Kiedyś “odciskało się piętno czucia w cudzej duszy”, “zaczuwało się” i “czarowało wolą”, dziś się podrywa i zalicza, kiedyś grało się w “akordowe pioruny”, dziś gra się na zwłokę. Niektórzy zdobywają się w afekcie na określenie “być w skowronkach”…  Romantycy byli lepiej rozwinięci ornitologiczne – o ptaszarni metafor u Słowackiego napisano całą książkę. Dlaczego zakochany musi być cały w skowronkach? Dlaczego nie w jaskółkach, bocianach, jastrzębiach, kanarkach, łabędziach, dzięciołach, strusiach, pingwinach, czaplach, pelikanach, albatrosach, wróblach, srokach, pliszkach, makolągwach, czajkach, sikorkach, kukułkach, sępach, potrzeszczach, kosach, rokitniczkach, ziębach, perkozach, krukach, trzcinniczkach (kaczki pomińmy z uwagi na konotacje polityczne :) ) ? Dlaczego zakochani mają w brzuchu motyle, a nie – równie sprawnie szeleszczące skrzydłami – nietoperze? O tempora, o mores, o semantyczne kneble!

Być może w tej trywialności, w tej groteskowej niekiedy prostocie wyrażania uczucia jest metoda. Metoda na głoda emocjonalnego. Ludzie są głodni. Ludzie chodzą do barów szybkiej obsługi, jedzą fast-foody. Zaczynam doceniać ideę postu. Cierpliwego oczekiwania. I zasłużonej nagrody.

Niewykluczone jednak, że każde – zarówno najbardziej wyszukane, jak i najlichsze słowo – pozostaje tak samo niedomknięte wobec potęgi Miłowania, otwarte na wieczność. Jeżeli wieczność jest, jeżeli jest możliwa. Ale z drugiej strony –  forma nierzadko bywa jednocześnie treścią – i o to właśnie chodzi, w tym tkwi wampir pogrzebany. Chyba dlatego wolałabym zostać spieszczona “promionkiem” niż “żuczkiem” – mimo całej mojej sympatii dla braci mniejszych, co bynajmniej nie oznacza, że samej nie zdarza mi się od czasu do czasu pożuczkować czy poaniołkować. Czułość ma słabość do prostoty i często – chcąc zostać odpowiednio zinterpretowana – posiłkuje się najjaskrawszymi konwencjami, które co wytrawniejszych smakoszy uczuć mogą przyprawiać o mdłości. Ale niekoniecznie czyni to tych pierwszych prostakami, a drugich – dandysami. Wszyscy mamy zatem takie samo prawo do misiów-pysiów, jak i do promionków, do kupowania krawatów, jak i do kupowania muszek, muszników, plastronów czy fularów. Mamy też prawo narzekać na epokowe zredukowanie piękna muszki do roli ozdoby ślubnej, komunijnej bądź kelnerskiej (od czasu do czasu zatrzepocze jakaś na szyi dyrygenta). I mamy prawo kupować pióra na tłoczek, a nie na naboje, zapraszać umiłowanych do biblioteki, a nie na karaoke, rumienić się na dźwięk czułego słowa, a nie w obliczu odważnego dotyku, ofiarowywać mężczyznom perły literatury XIX wieku, a nie bokserki, kobietom zaś – podpisane cyrografy, a nie pocztówki z gotowymi rymowankami, mamy też prawo do zachwycania się fragmentem “Cierpień młodego Wertera”:

Kanarek siedzący na zwierciadle sfrunął na jej ramię. – Mój nowy przyjaciel – rzekła (…). Gdy podała mu usta, ptaszek przywarł do jej słodkich warg, jakby świadomy szczęścia, którego mu udzielała. – Niech pana też pocałuje – rzekła i podała mi go. Mały dzióbek przeniósł się z jej ust na moje i kłujące jego dotknięcie było jak tchnienie, jak przeczucie najwyższej rozkoszy.

a nie imprezową pornografią.

  “Piękność, czułość, niewinność”. Niewinność (szeroko rozumiana) jest tą cechą u mężczyzny, która mnie olśniewa. Jeśli towarzyszy temu mądrość i twórcza wrażliwość – obecność takiego Mężczyzny przesubtelnia się w doświadczenie Uniwersum. A niedoskonałość, którą – jako istota ludzka – jest napiętnowany, zostaje uświęcona harmonią doskonałej Całości (kłania się “Państwo Boże” św. Augustyna…). Mężczyzna taki składa się z Szeptu, z tysiąca i jednego Echa udźwięczniającego każdą drobinkę kobiecej duszy, która zaczyna w pewnym momencie przejawiać cechy kota pewnej niezwykłej rasy (z racji tego, że nazwa zabrzmiałaby dwuznacznie w kontekście kobiety - nie przywołuję jej), charakteryzującej się całkowitym rozluźnieniem wszystkich fibrów, gdy się kota podniesie. Doprawdy – w bezpiecznych, zaufanych ramionach można  poczuć się podobnie (szkoda tylko, że my, ludzie, w przeciwieńtwie do kotów – nie zawsze spadamy na cztery łapy).

Taki Mężczyzna jest najbardziej melodyjną Ciszą płynącą z instrumentów, które - zauważmy - mają najczęściej kobiece kształty… 

Mnemosyne w objęciach Morfe-łóżka

- Kim chciałabyś zostać, gdy dorośniesz?

- Carolem Gustavem Jungiem.

Takiej odpowiedzi udzielić mogłaby przed laty pisząca te słowa, gdyby jej samoświadomość rozwinięta była wówczas w stopniu proporcjonalnym do obecnego zasobu doświadczeń.

Wykład monograficzny z psychologii Junga, jak również od dawna nawiedzające mnie pragnienie założenia ”oniriusza” (diariusza snów) sprawiły, że moja poczciwa ja-wa całkowicie zjungowaciała, przeobrażając się w swoistą “jungo(z)jawę”. Jednakże – im bardziej moje podejście do snów nabiera rumieńców quasi-naukowości, tym słabsze staje się rozbudzone niegdyś we mnie przekonanie o transcendencji świata po drugiej stronie Morfe-łóżka. Konwencja objawień, enigmatycznych implozji wyssanych z palca Bożego, niezwykłych sprzężeń z Krainą Równoległą zaczęła konkurować z konwencją Mózgu i funkcjonalnością jego zacnych neuronów (w przypadku niektórych należałoby mówić raczej o istnieniu neronów niż neuronów w głowie). I tak oto wychodzi ze mnie romantywistka, co byłoby zgodne z moją wczesno-szkolną, jeszcze-nie-polonistyczną przeszłością spod znaku biologicznej pasji, realizowanej chociażby w kierownictwie podwórkowym Klubem Miłośników Biologii :) W każdym razie – ciężko byłoby zakwestionować uczoną myśl, wedle której – półmetaforycznie rzecz ujmując – sen jest produktem naszego pięknego mózgu, latoroślą naszych drzewek neuronowych, kalejdoskopowym przedstawieniem tego, cośmy sami w życiu zmalowali (z pomocą lub niedźwiedzią przysługą Losu), choć kalejdoskopem tym własnoręcznie nie poruszamy. Okazuje się również, że – pomimo różnorodności onirycznych wątków i ich “kolorytów lokalnych” – sny ludzkie przypominają pod pewnym względem powieści tendencyjne (żeby nie powiedzieć - powieści produkcyjne z okresu socrealizmu), tyle że tendencje owe nie zawsze są jasne. Jesteśmy zagospodarowani czymś w rodzaju silosów, praform, które w trakcie naszego życia wypełniamy treścią. Śniąc – czytamy siebie w uniwersalnym języku snu, który – jak każdy język – jest systemem. Jung właśnie ten system opisał. A w systemie – jak to w systemie – każdy element pełni ściśle określoną funkcję, czego zgłębieniu poświęcił Jung niemal całe swoje życie (studenci natomiast mają na zgłębienie Junga zaledwie kilka miesięcy). Konfrontuję tę wiedzę ze wspomnianą wcześniej ideą transendencji, istnienia jakieś zewnętrznego, autonomicznego świata, znajdującego się poza zasięgiem naszego doświadczenia, ale mogącego na nas w jakiś sposób wpływać, panować nad nami, kontynuować nasz sen po obumarciu naszego mózgu… Przypomina mi się historia przedstawiona w jednym z dawnych odcinków “Ally McBeal” – o pacjentce, która - pod wpływem szczęścia zaznawanego w snach (śniła chyba o życiu u boku ukochanego mężczyzny, a każdy kolejny sen był jak gdyby idylliczną kontynuacją poprzedniego) – domagała się eutanazji – przekonana, że to pozwoli jej na zawsze przenieść się do tego “drugiego świata”… Łatwo się w tym wszystkim pogubić. Mnie pozostaje po prostu wierzyć, że - geometrycznie rzecz ujmując – sen jest połówką koła – życia ziemskiego (”mózgowego”), które wpisane jest w koło większe - w wieczność, nieskończoną krynicę form.

Każde zroszone snem przebudzenie pieczołowicie celebruję. Dbam o to, by niebieskie żaluzje w oknie były zasłonięte – jak w ciemni podczas wywoływania zdjęć, wszak zarówno fotografowi, jak i konserwatorowi snów chodzi mniej więcej o to samo. Ascetyczny (bo niepotrzebne ornamenty mogą rozproszyć mnie podczas pośpiesznych prób ”zeskanowania” obrazu sennego za pomocą najczystszych słów) ”oniriusz” czeka w pogotowiu, a obok niego – podręczny długopis z wbudowaną weń żarówką – na wypadek, gdyby sen urwał się pod osłoną mroku. Tak wyposażona  – mogę spać spokojnie.

A o czym śnię? W okresie dziecięcym śniłam o ósmym – ostatnim piętrze w moim budynku mieszkalnym. Sama gnieżdżę się na piętrze siódmym, ale niegdyś to, co znajduje się zaledwie kilkanaście schodów wyżej, budziło we mnie niezrozumiały lęk. Bałam się strychu, dachu, tego, co skrywało się za drzwiami do ostatnich kilku mieszkań na najwyższym piętrze tej części budynku. Pamiętam, że w tym dawnym śnie, czas, jaki zajmuje windzie przejazd z siódmego piętra na ósme – trwał nienaturalnie długo, ciągnąc się prawie w nieskończoność. Był to zapewne sen z gatunku tych inicjacyjnych, ilustrujący jedną z pierwszych prób kontaktu z nieświadomomością.

Parę lat później, mniej więcej w okresie podstawówkowym – śniło mi się niemowlę spadające z kościelnej wieży. Kolejny symboliczny obraz inicjacji – zderzenie z rzeczywistością intrudującą w zacisze dziecięcości?

Z okresu licealnego pamiętam jedynie mało wyrafinowany, ubogi pod względem fabularnym sen o lataniu, ale ubogość tę rekompensuje mi wspomnienie onirycznej historii ze mną w roli… czerwonej szminki (sic!) i koleżanką w roli… zielonej konturówki. Do tej pory nie pokusiłam się o interpretację owego zdarzenia sennego :) Pozostawiam pole do popisu miłym Czytelnikom. Pod koniec liceum przyśniła mi się również rzeka Ślęza, która rzeczywiście płynie sobie między wałami, niedaleko mego miejsca zamieszkania. Po jej drugiej stronie rozciągało się w mym śnie pole słoneczników (naprawdę rośnie tam rzepak) – i ten niepozorny obraz stał się dla mnie wówczas inspiracją do napisania baśni “celtyckiej” pt. “Grian”.

Okres studencki, na czele z ostatnimi dwoma latami mego żywota, obfituje w sny prawdziwie artystyczne, istne dzieła zsyntetyzowanych sztuk. Mam zamiar uporządkować je w najbliższym czasie według określonych kategorii, np.

- sny długogrające – te, których czar nie pryska tuż po przebudzeniu, lecz hipnotyzuje mnie jeszcze przez dni kilka (jak perfumy doskonałej jakości) . Czasem, choć bardzo rzadko, udaje mi się tego typu sny siłą woli kontynuować. Mają one często odcień miłosny (leżenie w centrum labiryntu,  z nogami w jeziorze, u boku oblubieńca - i wspólne odśpiewywanie piosenek Loreeny McKennitt).

- sny cmentarne (Jung też je miał ^^) – cmentarz jako symboliczne miejsce, łączące w sobie pierwiastki fascinans i tremendum, miejsce na pograniczu światów. Moje oniryczne cmentarze bywają na ogół zamglone, jesienne, spalone…  Ostatnio zasiliło ten funeralny repertuar cmentarzysko (wyglądające jak torfowisko)  zwierząt  – z nagrobkiem pingwina na czele; sen umiejscowił je w okolicach wspomnianej już rzeki Ślęzy. Raz cmentarna sceneria połączyła się z motywem baloników (!), ale zazwyczaj stanowi ona tło dla motywu ucieczki (np. przed przeczuwanym kataklizmem, bliżej nieokreślonym wrogiem itp.) – właśnie w zacisze zmarłych, choć bywa, że i tam czekają na mnie kolejne niebezpieczeństwa czy też niespodzianki typu: mój własny grób.

- sny lokomocyjne, w których roi się zwłaszcza od pociągów (np. pociąg jadący po torach znajdujących się na dnie rzeki, nota bene – Ślęzy; nocny pociąg docierający do jakiegoś miasta nad czarnym oceanem – oświetlonym od wewnątrz przez olbrzymią lustrzaną płaszczkę…). Tramwajami też zdarza mi się podróżować we śnie – najmilej wspominam ten nocny (chyba stąd moje zamiłowanie do nocnych peregrynacji), który w ciągu pięciu minut pokonywał trasę z Wrocławia do… jakiegoś rybacko-antykwarycznego miasteczka na peryferiach Francji :)

- sny zwierzęce (bynajmniej nie chodzi tu o zwierzęce instynkta w tonacji erotycznej) – te oblegane są zazwyczaj przez stada rozbieganych po całym domu gryzoni (to zrozumiałe, jeśli wziąć pod uwagę ilość moich futrzanych podopiecznych) czy miniaturowe koty.

- sny “toriańskie”, czyli te, których główną bohaterką jest Tori Amos (archetyp Wielkiej Matki, jak mniemam) – nierzadko mają one działanie terapeutyczne. Ostatni toriański sen zawierał także wątek lingwistyczny, a ściślej – pojawił się w nim nowy termin medyczny “gosica” :) , co oznacza “chorobę na Gosię” (czyt. na mnie), przejawiającą się w fanatycznej admiracji mojej skromnej osoby. Na gosicę zapadła w mym śnie biedna Tori.

- sny akwatyczne – te łączą się czasem z motywami lokomocyjnymi (patrz: sny lokomocyjne). Raz śniłam o krytym basenie-estakadzie, ciągnącym się nad ziemią przez połowę miasta, innym razem oczom mym ukazał się zbiornik wodny w mrocznej jaskini (taki quasi-basen w stylu tych pojawiających się w grze “Tomb Raider”); nikt nie odważył się go przepłynąć, ani nawet przelecieć nad nim, trzymając się jednej z lin przymocowanych do sufitu. Pokusa jednak była silna, pytanie tylko – jaki sens miałoby przedostanie się na drugi koniec jaskini, skoro była tam jeno kamienna ściana? Warto też wspomnieć o drewnianym domku na jeziorze, zamieszkiwanym przez wilki.

- koszmary podróżnicze – czyli wędrówki z dreszczykiem, np. niekończąca się wyprawa na smoczą górę (tj. zamieszkiwaną ponoć przez smoka), wyprawa, której stał na przeszkodzie paraliżujący lęk przez rudym rowerzystą – demonem śmierci (czyżby archetyp Cienia?). Fascynująca była również podróż przez bagnisty las, rozpościerający się nagle w centrum Wrocławia, a na którego końcu znajdowało się upiorne opactwo pełne księży-morderców :) Zresztą – wypadałoby stworzyć osobną kategorię dla snów o zbrodniarzach (ach, ten psychopata ze szklarni…)

- sny bibliotekoznawcze – czyli cała seria opowieści o niecodziennie umiejscowionych bibliotekach, np. o nienaturalnie wysokiej bibliotece w zrujnowanym, pachnącym wilgotnym drewnem zamku, o bibliotece w nawiedzonym kościele-pułapce (sny z motywem kościoła też wymagają stworzenia osobnej kategorii), o bibliotece im. Haliny Poświatowskiej na malowniczym, pełnym motyli wrocławskim (!) wzgórzu, do którego prowadziła ponura droga przez opuszczoną fabrykę…, o opętanym wojną mieście i ludziach szukających schronienia w niezwykle ciasnej bibliotece…

- sny zimowe – o sennych, lekko upiornych zimowych miasteczkach, mroczniejących pod niepokojącym karminem nieba (częsty motyw – rodem z teledysku do “Strange little girl” Tori Amos). Wszelkie lodowe lasy, ślady krwi na śniegu (należące do uciekającej przede mną kobiety w czerwonym płaszczu…) itp. także występowały w snach przynależnych do tej kategorii…

- sny kuriozalne, czyli te o byciu szminką lub o … zbiorowej konsumpcji obrazów pewnego krośnieńskiego Artysty :)

Kategorie te można mnożyć w nieskończoność. Ale finał niniejszej notki nastąpić musi, dlatego na koniec zaserwuję miłym i cierpliwym Czytelnikom opis Snu, do którego mam szczególny sentyment. Trudno go sklasyfikować, albowiem łączy on w sobie wiele kluczowych motywów:

Sen rozgrywał się gdzieś na peryferiach Anglii. Był późny wieczór, który stopniowo przechodził w bezgwiezdną noc, zaczerwienioną od poranionego deszczem nieba. Czasem  niebo (zwłaszcza zimowe) przybiera tak jaskrawy odcień czerwieni, że trudno orzec jednoznacznie, z jaką porą ma się do czynienia. Jechałam dokądś rozklekotanym maluchem –  wraz z grupą nieznanych mi bliżej ludzi. Cały czas coś starało się nas zatrzymać – może ku przestrodze… W pewnym momencie nieoczekiwanie zaparkowaliśmy samochód przed starym, zniszczonym domem. Był tam taras pachnący wilgotnym drewnem. Zostałam na nim sama, podczas gdy moi towarzysze penetrowali wnętrze rudery. Z tarasu rozciągał się widok na ciemny pagórek, oświetlany co jakiś czas przez flesze rozpętanej burzy. I wówczas ujrzałam z oddali to COŚ <chwila hitchcockowskiego napięcia> … Była to biała, świecąca postać przypominająca literę X. Mozolnie, wręcz zombiowato wdrapywała się na pagórek – jakby każdy ruch sprawiał jej ból. Nagle na taras wbiegli moi towarzysze, a ujrzawszy ową postać, wpadli w histerię, krzycząc: “Ona nie żyje! To śmierć!”, po czym wzięli nogi za pas. Mnie zaś ogarnęło zdziwienie, nie mogłam bowiem zrozumieć, dlaczego ta biała, z trudem przemieszczająca się istota wzbudziła taki lęk, dlaczego w popłochu uciekano przed nią, skoro pokonanie odległości dzielącej pagórek od domu zajęłoby jej pewnie całą noc… Wypełniała mnie empatia, dziwne wzruszenie losem smutnego X, ale po czasie i ja najadłam się strachu, więc czym prędzej dołączyłam do moich towarzyszy. Wróciliśmy do domu. Nic jednak nie było już takie, jak wcześniej. Wspomnienie świecącej istoty zaczęło nas prześladować, zatruwać, zachowywaliśmy się jak ludzie zarażeni jakąś chorobą. “Choroba na śmierć”. Nigdzie nie czuliśmy się bezpieczni, stanęliśmy na progu szaleństwa. I sen się skończył. Może warto poświęcić mu esej?… Gdyby Komuś przyszła do głowy jakaś interpretacja tego opisu, to gorąco zachęcam do podzielenia się nią ze mną.

Powiadają, że myśli niewypowiedziane przeradzają się w duchy. Ciekawe, co dzieje się z zapomnianymi snami…

LothLOREENIEn

Gdy byłam młodziutkim, nieopierzonym jeszcze, choć całkiem lotnym dziewczęciem - dostrzegłam JĄ razu pewnego w srebrnej pełni małego ekranu. Ukłoniła się mej pamięci jako tańcząca kobieta w dymiącej sepii. Co prawda – ów dym, jak się okazało, stanowił raczej produkt dziewczęcej konfabulacji, aniżeli rzeczywisty element ówczesnego przedmiotu poznania. Po latach doświadczyłam kolejnej epifanii tajemniczej kobiety, tyle że cały jej sztafaż nie rozpościerał się już na srebrnym ekranie, lecz w przestrzeni mego nagłego wspomnienia, które za kolejnych kilka lat miało wyewoluować w niezwykły sen o mglistej, złoto-brązowej, zroszonej łące; dzieliła mnie od niej jedynie niewielka kładka – metafora śmierci, symbolicznego przejścia na drugą stronę, gdzie przy zachodzie słońca nieznani ludzie tańczyli w kole, rozwijając raz po raz wstęgi dymu wypuszczającego kłącze z dalekiego ogniska.

Nie wiedziałam, kim jest, nie znałam JEJ imienia ani tytułu pieśni, którą roznieciła między jawą a snem w mym życiu. Niemniej – muzyczny popęd zaprowadził mnie do EMPIK-u. Melodia pulsowała mi we krwi jak mantra na ustach. Zaczęły ustateczniać się i dopełniać efemeryczne reminiscencje – “Mc…, McK…, McKennitt!”. Loreena – imię jak zaklęcie w zielniku druida. Murder’s? Mother’s? … Mummers’ dance! Iluminacja. Olśnienie. Euforia. Ekstaza.  Nawet nie przesłuchałam całej kasety. Ta jedna pieśń zdołała mnie wykarmić na wiele lat. Oczywiście – teraz album “The Book of Secrets”, bo o nim mowa, jest mi znany na tyle dobrze, że coraz częściej składam ofiary wersów na ołtarzu Translacji, spolszczając autorskie teksty pani L.

Prawdziwy przełom nastąpił w 2005 roku. Czerwiec – robaczy miesiąc, preludium do kanikuły. Wówczas pojawił się ON – w orbicie mego istnienia, w mym sercu dużo później. ONA była także JEGO częścią, w wyniku czego nastąpiła niezwykła kontaminacja dusz, która znajduje dziś wyraz w zdumiewającej regule: otóż: gdy mówię o NIM lub do NIEGO, słowa moje – niczym pentimento – prześwitują barwą uczucia względem NIEJ, natomiast gdy mówię o NIEJ, czynię to za pośrednictwem słów zroszonych NIM jak trawa w Złotej Dolinie, którą C.S.Lewis tak mocno ukochał (polecam miłym Czytelnikom film Richarda Attenborough – “Cienista Dolina” http://www.filmweb.pl/Cienista+dolina+1993+opisy,FilmDescriptions,id=1235 ).

Podczas minionych Świąt (na które mroczny cień rzuciła bezlitosna telewizja, emitując tę istną Biblię Pauperum z naturalistycznymi elementami kick-boxingu, czyli “Pasję” /lub “Piłę” – jak kto woli/  Gibsona-sadysty… ) miałam okazję zapoznać się z ekskluzywnym nagraniem wideo, upamiętniającym koncert Loreeny w Alhambrze. Nie, miły Czytelniku, nie spodziewaj się recenzji (bo gdybym podjęła się tego zadania, to pewnie rezultat jawiłby się podobnie: http://homonimia.wordpress.com/verbarium-ii-proza-autorki/ ), z tego kilkudziesięciominutowego przeżycia (okraszonego mymi łzami) nie sposób nawet zdać relacji, albowiem pretendowałaby ona wówczas do miana “kościoła bez Boga” – słowami dałoby się wznieść bajeczną katedrę Impresji, ale Duch Chwili oparłby się jakiejkolwiek próbie wysłowienia. Zabrakłoby złotego ołtarza w owej katedrze. Ale milczenie jest złotem. Niemniej – nie zdołam odmówić sobie przyjemności napisania krótkiego komentarza…

“Ile lat mają twoje ręce”? – mogłabym zadać Loreenie pytanie fragmentem wiersza Haliny Poświatowskiej. Czy tyle, ile słoje drzewa, z którego wykonana została JEJ harfa? Te ręce wyczesują ze strun opowieści starsze zapewne od murów, których fakturę tak czule przed koncertem badały (zupełnie jakbym widziała siebie gładzącą ukochane skamieniałe Drzewo we wrocławskim Ogrodzie Botanicznym). Fascynujące są konstelacje rąk muzyków tworzących zespół Loreeny: posągowe nadgarstki wiolonczelistki, smukłe, gotyckie palce charyzmatycznego skrzypka (boskiego Hugh -http://www.hughmarsh.com/images/face00.jpg ) , masywne, golemowe dłonie bębniarza… A jeśli już pozostajemy w takiej “kosmicznej” metaforyce, to podkreślić należałoby również obecność złocistych i srebrzystych orbit pierścionków, w tym obrączek, których błyski zdawały się wypełniać białe przestrzenie między nutami… A w centrum tego mikrokosmosu ONA – ruda mgławica Loreena. Na scenę wkroczyła bowiem ruchem mgielno-polonezowym, wolnym (jak gdyby teatralnie spowolnionym), płynnym, by… podczas wykonywania spektakularnego “Santiago” podskoczyć przed oczarowanym bębniarzem (który aż klasnął z wrażenia) wyżej niż mój królik w rytualnym transie wieczornym. Gdybym-ci ja miała taką kieckę jak Loreena, też bym podskakiwała.  Ów mgielny ruch dało się także zauważyć w scenach plenerowych, kiedy ruda “mniszka” kroczyła hiszpańskimi ścieżkami, uświęcając sobą architektoniczne rarytasy.

Radość, która tryskała zarówno z instrumentów, jak i z wszystkich muzyków (nawet Hugh Marsh uniósł kąciki ust w trakcie “Marco Polo”) nie sprawiała wrażenia radości “sponsorowanej”, złożonej na ołtarzu Mamony, mimo że “Nights from the Alhambra” jest koncertem przeznaczonym do obrotu rynkowego. Ci ludzie naprawdę cieszyli się i delektowali Muzyką, którą wydmuchali, wypieścili, wystukali, wydudnili, wyłaskotali ze swych drewnianych (i nie tylko) towarzyszy. Były, rzecz jasna, chwile łzawe – na czele z “Penelope’s song”, “The old ways”, “Dante’s prayer”czy “Raglan road” – o mały włos (a raczej – o mały głos) nie skropliły się ciemne szafiry oczu Loreeny. Poezja powiek. To nieprawdopodobne, jak niewiele środków wyrazu może złożyć się na tak bajeczną ekspresję – przy niesłychanej dystynkcji gestów (Loreena nawet wręczone jej kwiaty /storczyki??/ potraktowała z odpowiednim namaszczeniem, z delikatnością nie mniejszą od tej, z którą przystępuje do gry na harfie). Szczególnie upodobałam sobie loreenowy atak śmiechu w finale “Huron ‘beltane’ fire dance” – wyglądało to tak, jak gdyby – z serdeczną myślą o swych rozentuzjazmowanych muzykach – chciała rzec: “wariaci!” A w tym szaleństwie, miły Czytelniku, jest metoda – sposób na życie (ła)godne, pełne pasji, uwagi, wieczystego natchnienia, miłości, dobroci, piękna i łaski. I Muzyki. Potęga smaku. Długa jest droga bez zakrętów.

http://www.youtube.com/watch?v=A4hVXLmvrR8

http://www.youtube.com/watch?v=afAjt0E250E 

http://www.youtube.com/watch?v=7EVY4B5hJec 

http://www.youtube.com/watch?v=hK-Pi-Dgsfk  

Nie mogłam oprzeć się pokusie stworzenia alternatywnej wersji bookletu do “Nights from the Alhambra”. Oto i uroczysta odsłona. Oryginał wkrótce znajdzie się… no – w CZYICH rękach? W JEGO rękach: http://www.deviantart.com/deviation/53304850/

Samej Loreenie natomiast – ofiarowana zostanie (gdy tylko uprzedzę ekipę Quinlanroad) ta oto gliniana harfa (również mojego autorstwa): http://www.deviantart.com/deviation/45803328/

Mam nadzieję, że Los pozwoli mi zrealizować ten pomysł, a ręce listonoszy okażą się choć w połowie tak łagodne, jak czułe dłonie Harfistki.

« Wcześniejsze wpisy Następna strona » Następna strona »