konferencja

Wiedziałam jedynie, że pojawia się tam bohaterka w niebiesko-żółtej sukience. Werterowskie równanie zieleni. Zbójecki wabik. Kupiłam książkę w ciemno i usiadłam w pełnym słońcu. Najpierw jednak wyszłam z siebie, zamurowawszy uszy w czterech dźwiękoszczelnych ścianach płaczu – żeby lepiej widzieć. Usiadłam zatem w pełnym słońcu, zacisnęłam uda, rozchyliłam usta i stronice woluminu. Polała się krew. Co było do przewidzenia, wszak Autor jest nie tylko badaczem romantyzmu, ale i koneserem win. Książka ugryzła mnie w rękę, zlizując kroplę czerwonego trunku, rocznik 1984. “Przepraszam, ale pani zęby tkwią w moim palcu” – zaprotestowałam na transparencie myśli, po czym wyssałam z palca słowa, którymi książka zaraziła mnie od A do Z – jak wampir nieśmiertelnością:

“Drzwi kolejki rozsunęły się bezszelestnie i zastępy pasażerów w milczeniu spłynęły na peron. I wtedy w wyjściu stanęła Anna. (…) stanęła ostatnia w wyjściu jak madonna w kasztanowej ramie, jak cały renesans w symbolicznym skrócie. Wojna była brzydka, więc piękna szyja Anny, i przywołajmy wszystkie mosty świata, by doceniły jej przejście w dekolt obnażony niczym serce zbawiciela. Wojna była straszna, toteż piękna dłoń Anny z pierwszym kwiatem wiosny w niewinnym kolorze, dłoń piękna i Anny palce zwarte na kibici w pięciu wysmukłych synonimach. Wojna była dzika, więc i zgrabna jasna suknia Anny z wesołą falbanką przy skraju, delikatna faktura materii i czujność srebrnych guzików na posterunku. (…) I tak godnie stała w muzeum porannej chwili, niewidzialnie podpisana w prawym dolnym rogu.”

M. Bieńczyk, Tworki, Warszawa 2007, s. 50.

I teraz mam Annę we krwi. Choć to nie do niej należała owa niebiesko-żółta sukienka. Ja ją założę. Założę się. I powieszę w szafie pachnącej naftaliną.

Buchling

Zapraszam na darmową degustację cytatów – świeżych, soczystych, otrzepanych z mrowiska literówek i wyrwanych specjalnie dla Was, cierpliwi Przyjaciele, z powieściowej gleby, użyźnionej imaginacją Waltera Moersa – pisarza, którego w afekcie uczyniłam patronem mojej rozprawy doktorskiej. Proponuję wznieść toast (Atramentowym Winem, rzecz jasna): za “ogniste i próżne kobiety, które wszystko ubierają w cytaty z literatury i gdyby mogły wybierać rodzaj śmierci, chciałyby zginąć pod kołami samochodu, zaczytane w poezjach Emily Dickinson” (C.M. Dominguez, Dom z papieru) !

W. Moers, Miasto śniących książek. Powieść z Camonii autorstwa Hildegunsta Rzeźbiarza Mitów, przekład z camońskiego i ilustracje W. Moers, przekład z W.Moersa bez ilustracji K. Bena, Wrocław 2006.

Zakąski do dania głównego:

link1

link2

link3

link4

link5

Nieśmiało pragnę nadmienić, że pisząca te słowa jest autorką artykułu naukowego, poświęconego rzeczonej powieści (zob. dział PUBLIKACJE)

Życzę smacznego!

_____________________________________________________________

1. W głębokich, zimnych jaskiniach,

Gdzie cienie łączą się z cieniami,

Stare księgi stłoczone w marzeniach

Śnią o czasach, gdy były drzewami.

Tam, gdzie węgiel rodzi diament,

Świtatło ni litość nie są znane,

Panuje na owej ziemi

Duch zwany Królem Cieni.

___

2. Tak, opowiem wam o miejscu, w którym czytanie może doprowadzić do szaleństwa. Gdzie książki mogą zranić, otruć, a nawet zabić. Tylko ci, którzy dla lektury tej książki naprawdę gotowi są na tego rodzaju niebezpieczeństwa; ci, którzy chcą zaryzykować własne życie, aby stać się częścią mojej opowieści, powinni towarzyszyć mi do następnego akapitu. Wszystkim pozostałym gratuluję tchórzliwej, ale w gruncie rzeczy rozsądnej  decyzji wycofania się. Wszystkiego dobrego, baby! Życzę wam długiego i śmiertelnie nudnego życia i macham  wam tym zdaniem na pożegnanie!

___

3. I oto były one, Śniące Książki. Tak w tym mieście nazywano antykwaryczne zasoby, ponieważ z handlowego punktu widzenia nie były one ani już naprawdę żywe, ani jeszcze całkiem martwe, znajdowały się bowiem w stanie przypominającym sen. Właściwy żywot miały już za sobą, a rozkład

przed sobą, tak więc drzemały sobie milionami milionów na wszystkich regałach i we wszystkich skrzyniach, w piwnicach i katakumbach Księgogrodu. Jedynie książka chwycona poszukującą ręką i otwarta przez nią, książka zakupiona i wyniesiona stamtąd, mogła ożyć nowym życiem.

___

4. Psiarz w czerwonej aksamitnej pelerynie krążył wte i wewte przed domem i szczerząc przerażająco kły, szeptał złowieszczo do przechodniów: “Wejście do Gabinetu Niebezpiecznych Książek na własną odpowiedzialność! (…) Są tu książki, które potrafią ugryźć! Książki, które czyhają na wasze życie!

Trujące, duszące i latające książki. (…) Z bocznego wyjścia w regularnych odstępach wynoszono na noszach ciała przykryte prześcieradłami, zza zabitych deskami okien co rusz dochodził stłumione wrzaski, a mimo wszystko turyści tłumnie walili do gabinetu.

___

5. Trzeba by napisać powieść przypisową, nic tylko przypisy do przypisów.

___

6. Och, nie interesuje się pan naukami ścisłymi? Szuka pan beletrystyki? Eskapistycznej literatury dla uciekających przed rzeczywistością? Szuka pan powieści?

___

7. Teraz wiedziałem już też, że tajemnicze trzeszczenie pochodziło z jego czaszki. Słyszało się po prostu, jak Eydeci myślą.

___

8. Zdumiony stałem długo przed tablicą, na której kredą wypisano wszystkie możliwe do zamówienia pyszności. Liczba potraw wraz z ich literackimi nazwami oszołomiła mnie: Atramentowe Wino i Kawa Powieścidło, słodki papier jadalny, który można było takze zamówić, Kakao Pocałunek Muz i Woda Pomysłów (to ostatnie, to w rzeczywistości dość brutalny, wysokoprocentowy absynt), Pralinki Grozy z nadzieniem – niespodzianką (dla czytających horrory, niektóre były  wypełnione octem, rybim tranem albo wysuszonymi mrówkami).

___

9. Już od stuleci zamożni księgogrodzcy kolekcjonerzy mieli w zwyczaju perfumować swe książki zapachami produkowanymi specjalne dla nich. (…) Wędzone Książki Kucharskie z wydawnictwa Szafran; pachnące melisą pisma leczącego medycyną naturalną doktora Bociana; Księgi igieł

świerkowych z Zielonej Epoki.

___

10. Zamówiłem sobie w kawiarni filiżankę kawy z buchlingiem – słodkim ciastkiem w kształcie książki, wypełnionym musem z jabłek, naszpikowanym pistacjami i migdałami. (…) Handlarz, nim wręczył gorącą pieczoną książkę, zapakował ją w stronę, którą wyrwał z jakiegoś antykwarycznego dzieła. Nakłuł ją długa igłą, tak, że wypłynęło z niej pachnące cynamonem nadzienie, wyglądające jak płynna zakładka do książki.

___

11. Były opowieści przygodowe z dołączonymi chusteczkami do ocierania potu. Opowieści grozy z wprasowanymi liśćmi waleriany, które można wąchać dla uspokojenia, gdy napięcie sięga zenitu. Książki z ciężkimi zamkami, zapieczętowane przez natiftolską cenzurę (Kupno dozwolone, czytanie zabronione!).

___

12. Opanowani manią wielkości buchemicy, wierzący, że wszystko, co fantazja stworzy na papierze, da się także stworzyć w rzeczywistości, przeprowadzali tu swoje straszliwe eksperymenty. (…) buchemicy

chcieli stworzyć olbrzyma, gigantyczną kreaturę z papieru, mającą chronić Księgogród przed wszystkimi wrogami. Ugotowano książki, czernidło drukarskie wymieszano z ziołami, odprawiono rytuały, aż w końcu ze zmiażdżonego dullsgardzkiego torfu cmentarnego uformowano postać trzykrotnie większą niż dom. Nasycili go czernidłem drukarskim, by wyglądał jeszcze bardziej przerażająco i nazwali Czarnym Człowiekiem. Następnie paru buchemików zabiło się, ofiarowując mu swoją krew, aby się jej napił. Na koniec wsadzili mu w głowę żelazny pręt i podczas burzy postawili  go z nogami w dwóch wannach pełnych wody. Potężna błyskawica uderzyła podobno w ten pręt z żelaza i obudziła Czarnego Człowieka.

___

13. Dopiero teraz zauważyłem regał z Cierpiącymi Człowieczkami. Było to sześć sztuk małych, sztucznych stworzeń, awanturujących się w swoich flaszeczkach i stukających w szkło. – Wypróbowuję na Cierpiących Człowieczkach dźwiękową  jakość literatury (…).  Czytam im wiersze i prozę. Nie rozumieją oczywiście ani słowa,  ale reagują na  melodię języka. Przy złej liryce wiją się jak w bólach. Przy dobrej  zaczynają śpiewać.  Rozpoznają smutne teksty po dźwiękach i zaczynają płakać.  (…) Wczoraj w nocy czytałem Cierpiącym Czowieczkom ustępy z pańskiego manuskryptu, aby sprawdzić jakość i melodię języka. Najpierw zaczęli śpiewać, a potem płakać, W końcu po kolei zaczęli opadać i umierać. Jakość tekstu ich zabiła.

___

14. Drewpora – tak nazywano w Księgogrodzie spokojne godziny wieczorne, błogie zakończenie księgarskiego i literackiego zamętu w ciągu dnia. Gdy do kominków wkładano grube belki drewna i zapalano fajki, gdy ciężkie wina roztaczały swe aromaty w brzuchatych kielichach, a lektorzy rozpoczynali odczyty: wówczas zaczynała się Drewpora. (…) Otwierano stare foliały i pierwsze wydania prosto z drukarni, a słuchacze przybliżali się, by słuchać deklamacji (…). Drewpora była czasem, kiedy ciało udawało się na spoczynek, a duch budził się prawdziwie do życia, czasem, w którym fantomy poezji powstawały z papieru, by tańczyć wokół głów słuchaczy i czytających.

___

15. Hulasebdener Szruti, legendarny derwisz, kompozytor późnego średniowiecza, wynalazł muzykę hałasów, którą można było wmieszać w każdą dowolną kompozycję. Bazowała ona na dźwiękach wywołujących strach: wycie psów pośród nocy, skrzypienie drzwi, kocie wrzaski, głosy szepczące z nicości, odgłosy tortur dochodzące z piwnicy, wredny chichot z poddasza, zawodzenie kobiet na bagnach, wrzaski z zakładu dla obłąkanych, paznokcie drapiące po łupkowych tabliczkach – każdy dźwięk potrafiący przerazić i dający się przedstawić za pomocą instrumentów. (…) Chadzano wówczas na koncerty,  żeby się przerażać. Owacje miały formę krzyków przerażenia, przypadki omdlenia były równoznaczne z prośbami o bisy, a gdy publiczność z krzykiem szturmowała do wyjścia, uznawano, że koncert odniósł pełen sukces. Modną fryzurą były włosy stojące ze strachu, poobgryzane paznokcie

uchodziły za szykowne, a spotykając się niespodziewanie na ulicy, pozdrawiano się efektownym “Buuuuuu!”, wyrzucając gwałtownie ręce w górę. Z tej epoki pochodzi cała masa instrumentów: szubieniczna harfa, dudy grozy, pietra, podwójny wyjący flet, piła śmierci, dwunastoramienny hałas z piwnicy, dusząca torba.

___

16. Historia Niebezpiecznych Książek rozpoczęła się prawdopodobnie tym, że jeden z książkowych piratów rozbił drugiemu czaszkę za pomocą ciężkiego tomu. W tym historycznym momencie zauważono, że książki mogą zabijać i od tego czasu metody napytania innym biedy za pomocą książek przez stulecia powielały się i subtelniały. Książki – pułapki łowców książek były tylko jednym z wariantów. (…) W wydrążonym tomie znajdowały się zatrute strzały i urządzenia do ich wystrzeliwania, maleńkie odłamki szkła wyrzucane przez niewielkie katapulty, sikawki ze żrącymi kwasami albo hermetycznie zamknięte trujące gazy. (…) Książki toksyczne impregnowane trucizną działającą przez dotyk były stosowane szczególnie w czasach  camońskiego średniowiecza. (…) Poprzez dotknięcie jednej, jedynej strony można było oniemieć, oguchnąć, zostać sparaliżowanym albo zwariować, nabawić się nieuleczalnej choroby czy też zasnąć snem wiecznym. Niektóre toksyny wywoływały śmiertelne napady śmiechu albo zaniki pamięci, delirium albo chorobliwe dreszcze. (…) pewne wydawnictwo z tego czasu zawsze jeden egzemplarz w każdym nakładzie infekowało śmiercionośną toksyną – i robiło sobie tym samym reklamę. Można by przypuszczać, że te książki zalegały na regałach jak ołów, ale działo się wręcz przeciwnie. Sprzedawały się jak świeże bułeczki. Obiecywały dreszczyk, którego nie mogła zaoferować normalna książka: dreszcz prawdziwego niebezpieczeństwa. Czytano je ze spoconym czołem i kartkowano drżącymi dłońmi, niezależnie od tego, jak nudna była ich treść. (…) Gdy otwierało się jedną z Analfabetycznych Książek Terrorystycznych, cały sklep wylatywał  w powietrze. (…) Zakodowane w księgach buchemików posthipnotyczne rozkazy były w stanie doprowadzić czytelników, nawet parę dni później, do rzucenia się ze skał do morza albo do wypicia litra rtęci. (…) Przebąkiwano o książkach, które szeptały i jęczały w ciemnościach, i o takich, które dusiły swych czytelników zakładkami, gdy ci zasypiali w trakcie lektury. Podobno zdarzyło się też kiedyś, że jeden z czytelników zniknął całkowicie w jednej z Niebezpiecznych Książek i już nigdy więcej go nie widziano. Znaleziono tylko jego fotel, z leżącą na nim otwartą książką, w której pojawił się nowy bohater noszący nazwisko zaginionego.

___

17. - Życie jest niestety krótkie – zauważył książę Sommervogel z głębokim westchnieniem.

- Cóż – odparł jego przyjaciel Rocco Niapel, uśmiechając się, podczas gdy nalewał sobie szklankę wina – nie będę oponował, jeśli tym samym chcesz wyrazić pogląd, że egzystencja jest druzgocąco ograniczona.

Wchodzi Madame Fonesecca.

- Och – woła rozbawiona – widzę, że panowie rozmawiają znów o tej pożałowania godnej okoliczności, że bytowanie nasze na tym padole podlega zatrważającemu ograniczeniu w czasie.

[przykład powieści abundowej, charakteryzującej się tym, że jedna główna myśl powtarzana jest w niekończących się wariacjach - przyp. M.S.]

___

18. Najwidoczniej poza twierdzosmoczanami także gnomy potrafią knolfnąć zębami. Wychodzę z założenia, że Rzeźbiarz Mitów chciał przez to powiedzieć, iż wydały z siebie odgłosy uznania. Nie wiadomo jednak, w jaki sposób mógł ocenić, że zrobiły to zębami, skoro były schowane.

___

19. Książki się ruszały! Nie szczególnie mocno, ale widziałem dokładnie, że ich grzbiety podnosiły się i opadały lekko, jak gdyby oddychały. Coś we mnie wzdrygnęło się przed dotknięciem ich, jakby chodziło o nieznane zwierzęta, o których nie wiadomo, czy gryzą, czy nie.

___

20. Każdy buchling uczy się na pamięć całego dorobku wielkiego pisarza. Taki jest cel naszego życia. Ja jestem w trakcie zapamiętywania dzieł zebranych Gofida Letterkerla. On nadal pisze, wiec jestem, że tak powie, niedokończony. (…) Każdy buchling nabiera w końcu cech charakteru poety, którego uczy się na pamięć, to nieuniknione. To nasze przeznaczenie. Z natury jesteśmy niczym niezapisane kartki, które chcą być zapisane, bez własnej osobowości.

___

21. Istnieje takie miejsce w kosmosie, gdzie skupiają się wszystkie artystyczne idee, ścierają

się ze sobą i tworzą nowe (…). Natężenie kreatywności w tym miejscu musi być ogromnie wielkie, niewidzialna planeta z morzami z muzyki, rzekami czystej inspiracji i z wulkanami wypluwającymi myśli, przeszywana błyskawicami duchowości. To jest Orm. Pole siłowe wyrzucające z siebie hojnie energię.

___

22. Odżywiamy się czytaniem!

___

23. Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

W jednym, jedynym zdaniu nie powinno występować więcej niż milion mrówek, chyba że chodzi o naukowe dzieło o mrówkach.

Opowieści grozy pisze się najlepiej z zimnym okładem na karku.

Jeśli jedno z twoich zdań przypomina ci trąbę słonia, który próbuje podnieść fistaszka, to powinieneś je jeszcze przemyśleć.

___

24. Przypuszczamy, że rośniemy w książkach, tak jak pisklęta w jajach.

___

25. Ciekawość jest najpotężniejszą siłą napędową w kosmosie, ponieważ jest w stanie pokonać dwie największe siły hamujące: rozsądek i strach.

___

26. Książki te robiły takie wrażenie, wywoływały taką grozę i strach, że ich czytelnicy często w środku lektury wyrzucali je z krzykiem do kąta i chowali się za meblami, bo nie mogli już wytrzymać. Niektórzy zwolennicy literatury Jeżącej Włos w wyniku nadmiernej ich konsumpcji wariowali ze strachu, lądując w zakładach zamkniętych i wpadali w ataki histerii, gdy tylko z daleka pokazywano im jakąś książkę, nawet gdy była to książka kucharska. (…) Można podobno usłyszeć, jak Jeżące Włos Księgi szeptały i szlochały w ciemnościach. Otwierały się ze skrzypieniem jak zardzewiałe drzwi do podziemnych, dawno zapomnianych lochów, w których czaiło się Nienazwane. Gdy je otwierano, nierzadko wyrywał się z nich upiorny krzyk lub potworny śmiech. Czasami wydobywało się z nich zimne tchnienie, wiatr wypełniony szeptami, poruszający pożółkłymi zasłonami w pokojach umierających w prastarych, przeklętych zamkach, wypełnionych niespokojną obecnością przeklętych dusz. Książki te potrafiły rozpłynąć się w powietrzu w trakcie czytania i z chichotem zmaterializować w zupełnie innym miejscu w pokoju. Z ich stron wyskakiwała czasem odrąbana włochata ręka z dziesięcioma palcami, by przespacerować się po ręce czytelnika jak pająk, po czym rzucała się w ogień kominka i wyjąc płonęła. Teksty zawarte w Jeżących Włos Księgach składały się prawie wyłącznie ze słów budzących najbardziej nieprzyjemne odczucia. Były to słowa i zwroty takie, jak: zdrętwiały, kościsty, posępny, wielonożny, dreszczowy, niesamowity, grobowy głos, godzina upiorów albo pożarty przez robaki. Literatura Jeżąca Włos wprowadziła do użytku także parę nowych tworów, w których słowa te połączono ze sobą dla spotęgowania ich oddziaływania, jak na przykład zdrętwiałokościsty, posępnodreszczowy albo wielceniesamowity. (…) Czytanie Jeżącej Włos Księgi równało się spacerowi podziemnymi piwnicami, które odkryło się o północy za ukrytymi drzwiami – w opuszczonym zakładzie dla umysłowo chorych, w którym straszyły niespokojne upiorymasowych morderców. Jakby było się w zatęchłej piwnicy pełnej pajęczych sieci, którą bada się świecą migoczącą w drżącej dłoni, podczas gdy prychają na nas  czerwonookie szczury, a lodowate macki chwytają za nasze kostki. (…) Zestresowany czytelnik opuszcza książkę i zaczyna obgryzać paznokcie. Nie powinien jej raczej odłożyć? Zakopać? Spalić? Zamurować? Ale przecież to takie pasjonujące! Tam! Uderzenie dzwonu, gdzieś z oddali jak gdyby wydobyte z dzwonka na umarłych,  poruszonego przez otulonego czernią kosiarza, który nadszedł, by… Nie, to tylko pusty kieliszek po winie trącony łokciem. (…) buchemicy (…) stworzyli eliksir, który, gdy perfumowano nim strony książek, wywoływał wszystkie opisane symptomy strachu, od gęsiej skórki po zatrzymanie akcji serca.

___

27. Gruchnęła o ziemię, głośno zaszeleściła, z okładki wysunęło się cztery, sześć, osiem małych nóżek i uciekła ode mnie prościutko w stronę przeciwległej ściany z książkami. (…) To było fascynujące: książki, które mogły się rozmnażać i samodzielnie stworzyć bibliotekę. (…) Książka prychnęła i ugryzła mnie w rękę. (…) To były latające Żywe Księgi, wariant nietoperzowy.

___

28. Nie mógł patrzeć na żadną gnającą po niebie chmurę, nie widząc w niej epickiej historii jakiegoś ludu chmur. Ani na pędzącą wodę, nie widząc w niej przezroczystych bajecznych postaci. Ani na łąkę, nie wymyślając zaraz sagi o rasie źdźbeł trawy.

___

29. Stworzyli rodzaj papieru, który był tak wrażliwy na światło, że zapalał się momentalnie, gdy padał na niego choć jeden promień słońca, ba, nawet promień tego ciała niebieskiego odbity przez księżyc. Papier, który mógł istnieć tylko w ciemnościach katakumb. (…) Ten tajemny papier, wraz ze znajdującym się na nim tajemnym pismem, jest twoją nową skórą. Nasączyliśmy go rozmaitymi  animistycznymi i buchemicznymi olejami i esencjami, a potem przykleiliśmy do twego mięsa za pomocą jedynego w swym rodzaju kleju książkowego, któreo nie da sięniczym rozpuścić. Jeśli będziesz próbował oderwać swoją nową skórę od ciała, sam rozerwiesz się na strzępy.

___

30. Strumień poetycki z mózgu jest niewłaściwie skierowany. Twoja prawa ręka nie jest twoją ręką do pisania. Musisz pisać lewą.

___

31. Był tak utalentowany, że aż od tego umarł.

___

32. Olbrzym jest naukowcem. Albo kimś w rodzaju alchemika. Czyta. Czyta te wszystkie olbrzymie książki, które tutaj widzisz. Eksperymentuje w gigantycznych laboratoriach niedaleko stąd. Zaciągnął zwłoki swoich przodków do olbrzymiej lodowej jaskini. Wydaje mi się, że przeżył tak długo jedynie dzięki temu, że pożera ich jednego po drugim.

___

33. Piromańska Powieść Pobudzająca, szczególnie nieprzyjemny odłam literatury trywialnej, nastawiony na klientelę odczuwającą swego rodzaju zaspokojenie w trakcie czytania opisów ogromnych, niszczących wszystko pożarów.

___

34. Od gwiazd pochodzimy i ku gwiazdom zmierzamy.

Życie jest tylko podróżą w nieznane.

H: Co robi człowiek, którego szukasz?
C: Zabija kobiety.
H: Nie, to robi na marginesie. A co robi przede wszystkim?
Jaką potrzebę zaspokaja podczas zabijania?
C: Wyładowuje gniew, szuka akceptacji, zaspokaja seksualne frustracje…
H: Nie, on podziwia. To leży w jego naturze. W jaki sposób budzi  się w nas
podziw? Czy szukamy obiektów podziwu? Postaraj się odpowiedzieć od razu.
C: Nie, my…
H: Zaczynamy podziwiać to, co widzimy codziennie. Nie czujesz spojrzeń
wędrujących po twoim ciele?A czy twoje oczy nie szukają tego, czego pragniesz?
(Milczenie Owiec, cytat ze ścieżki dźwiękowej filmu
-fragment rozmowy Hannibala z Clarice)

Wydawać by się mogło, że na temat wampirów powiedziano już wystarczająco dużo, a to wszystko zostało zgrabnie wyssane z ksiąg wszelakich i wyjęzyczone w formie zwampiryzowanego tekstu, przyszpilonego do kart osikowym piórem prof. Marii Janion (patrz: „Wampir. Biografia symboliczna”).Nic bardziej mylnego! Oto bowiem nastał czas, by wyjawić długo niedopuszczaną do świadomości zbiorowej, objętą wykształciuchowym tabu i ukrytą za woalem poprawności wampirycznej tajemnicę… Pora przerwać cienką czerwoną linię milczenia – i przedstawić Szanownemu Czytelnikowi wampira ACADEMICUSA.

Academicus to wampir intelektualny, jego naturalne środowisko życia stanowią – jak sama nazwa sugeruje – wyższe uczelnie państwowe, ze wskazaniem na wydziały filologiczne, gdyż słowa, słowa, słowa… i słowa o słowach współtworzą koloryt lokalny, który doskonale komponuje się z malowniczą psychiką Academicusa. A trzeba wiedzieć, że Academicus to słowofil, słowoman, słowomaniak, słowoholik, nic dziwnego zatem, że w temperaturze książkowej jego wampiryczne myśli nabierają rumieńców gorejących pod pancerzem chronicznej bladości. Bladość owa jest efektem działania promieni tekstowych, generowanych przez wertowane tabule literatury pięknej. Nałogowy, trzepoczący kartkami czytelnik (tzw. nietoperz książkowy, czyli jedna z postaci, jaką przybiera Academicus) opala się przez to na biało. I wszystko jasne.

Fizys Academicusa, oprócz wspomnianej bladości, nie odznacza się niczym szczególnym, dzięki czemu z łatwością może się on wtopić w studencką gawiedź. Bo Academicus to wampiryczna odmiana STUDENTA, choć nierzadko wpada on w szał ciał pedagogicznych, przybierając postać wykładowcy-wodzireja wiedzy (na balu u Wolanda), zwłaszcza że np. zaszczytny tytuł „dr” budzi nieprzypadkowe skojarzenia z pierwszymi literami imienia Dracula, zaś „prof.” – ze słowem profanum… Ale skupmy się na jego pierwszej odmianie.

Academicus, mimo że posiada cechy dystynktywne płci żeńskiej lub (rzadziej) męskiej, wykracza swoją egzystencją daleko poza orbitę płci; to wytrawny smakosz umysłów, więc status biologiczny ich „nosicieli” nie ma dla niego większego znaczenia. Jednocześnie trzeba zaznaczyć, iż obiektami jego wampirycznej działalności stają się zazwyczaj wykładowczynie – prawdopodobnie ze względu na atrakcyjniejsze manifestacje (nie mylić z manifami! albo mylić – będzie pikantniej…) ich zmysłowego intelektu (ot, wyobraźmy sobie taki striptiz szarych komórek). Panowie wykładowcy, oczywiście, także miewają ponętne mózgi, toteż – jeżeli tylko potrafią tego dowieść, oświetlając owym organem (tj. mózgiem), niczym reflektorem, soczyście ubarwioną osobowość – mogą liczyć na żywe zainteresowanie Academicusa, który musi pozostawać w stanie permanentnej INFLACJI EGO, inaczej jego sens życia zapada w hibernację bądź estywację (w zależności od semestru…). Krótko mówiąc – Academicus jest nałogowym admiratorem pięknych umysłów, pogrążonych w aromatycznej aurze niedostępności, tajemnicy, kontrowersji, ekscentryzmu… Academicusa pociągają intelektualne kurioza-precjoza, on pragnie zatopić w nich kły mądrości, z pomlaskiwaniem sącząc wiedzę (tzw. “KREW FILOZOFICZNĄ”); on pragnie uwieść swoje „ofiary” niefizycznie, dokonać czegoś w rodzaju emocjonalnej roszady, polegającej na sprytnym przesunięciu przedmiotu wampirycznej fascynacji w sferę podmiotu zafascynowanego samym Academicusem. Z kulis tejże roszady sprawę winien zdawać sobie JEDYNIE Academicus, czyli wykonawca wampirycznej czynności. Nie jest bowiem wskazane, aby CEL wiedział, że jest celem (dodać należy, że cel osiągnięty staje się środkiem… wyrazu nowego celu). Jednocześnie:

trzeba kąsać, wypijać krew (…), ale i zapobiegać temu, by [cel - przyp. M.S.] od owych ukąszeń nie stał się wampirem, gdyż wtedy – w walce wampirów między sobą – szanse się niebezpiecznie wyrównują.
(M. Janion, Polacy i ich wampiry)

To daje Academicusowi przewagę nad celem. Jeżeli zaś cel jakimś cudem domyśli się, ze jest tym, czym jest, czyli celem ;) , może wówczas albo pogodzić się z narzuconą mu rolą, dokładając wszelkich starań, by zaspokoić twórczy głód Academicusa, i czerpiąc z tego perwersyjną przyjemność, albo też przyjąć postawę defensywną, próbując poszczuć Academicusa osikowym kołkiem obojętności (Boże uchowaj!) bądź czosnkową wonią antypatii (a fe!). Zwykle jednak nie odnotowuje się reakcji alergicznych na zidentyfikowanego Academicusa. Chyba że nastąpi błędna identyfikacja, tzn. stawiająca go w nieprzychylnym świetle - bo podkreślić należy, że wszelkie pejoratywnie nacechowane sądy (np. „lizus”, „prowokator”, „dewiant”, „pozer”), dotyczące naszego bohatera – są fałszywe. Tymczasem Academicus to po prostu, w najdoskonalszym tego słowa znaczeniu – Academicus, nawet wówczas, gdy przekracza siebie poprzez wkroczenie w cudzą psychikę. A przekraczając siebie – poszerza siebie. Zatacza kręgi swojej obecności, rozwija się jak kłącze. Wampiryczne, rzecz jasna.

[Słucham? Cóż, niewykluczone, Herr Freud, że owo „wkroczenie w psychikę” jest formą działalności „fallicznej”, zmierzającej ku zapłodnieniu czyjejś duszy wampiryzującymi myślami, zdolnymi wessać w siebie duszę „ofiary”. Obawiam się jednak, mein Herr, że oznaczałoby to sprowadzenie obu płci do maskulinistycznego, chutliwego wielce mianownika. Dobrze, przedyskutujemy to wieczorem. Tam, gdzie zawsze, Herr – w tawernie „Pod Morfeuszem”. Tylko proszę pamiętać – łapy przy sobie!]

Preludia do rozwijających się fascynacji Academicusa grają najczęściej uczucia ambiwalentne; rzadko się zdarza, by zarzucił on sieć chłonnych skojarzeń na kogoś, kto daje się lubić od pierwszego nawiedzenia. Przyszła ofiara Academicusa powinna na początku wzbudzać w nim rodzaj lęku zmieszanego z zazdrością i wrogością, lęku przed Nieznanym, przed dominacją wyrazistej, a zarazem enigmatycznej osobowości. Academicus, przy sprzyjających okolicznościach przyrody duchowej, rychło zaczyna rozsmakowywać się we własnym strachu, kompilując w myślach sugestywne cytaty:

a)

- Jest Pani bardzo otwarta. Poznać Panią prywatnie to byłoby coś.
-Coś za coś, doktorze.
(Milczenie Owiec, cytat ze ścieżki dźwiękowej filmu)

b)

Dopóki jawiła się jako Królowa Śniegu, wyniosła i urodziwa, chłodna i niedostępna, marzenia z nią związane miały charakter drapieżny, były podszyte gwałtem. Chciało się ją „obnażyć”, wytrącić z równowagi, przyłapać na słabości – przekonać się, krótko mówiąc, czy ma też inne oblicze, a jeśli tak, to jakie. Z chwilą zaś, gdy opowieść o kolejach jej życia strąciła ją z Olimpu i zesłała na ziemię, wyznaczając w dodatku los niecodziennie gorzki, zmienił się również rodzaj budzonych przez nią emocji. Miejsce mrocznych pożądań, dzikich i perwersyjnych, zajęło onieśmielenie i niema fascynacja, nacechowana respektem i niekłamanym współczuciem. I to właśnie było piekłem. Bo ginęła nadzieja na jakiekolwiek remedium. Gdy w grę wchodziła tylko dławiąca ekscytacja, podrażniona ambicja, poczucie podrzędności, to wszystko dawało się jeszcze tak czy inaczej łagodzić (…). Tymczasem urzeczenie brzemienne w szacunek i żal kompletnie wiązało ręce.
(Antoni Libera, Madame)

Strach toruje drogę fascynacji (Academicus, w pewnym sensie, pozwala się uwieść strachem), w którą wpisane jest czysto wampiryczne pragnienie wyssania z ofiary jej efemerycznej boskości – przyczyny strachu (mysterium tremendum et fascinans), pragnienie kradzieży ognia z jej prywatnego Olimpu, a następnie strącenia jej zeń i wykonania miłosiernego gestu tryumfatora – poprzez strzepanie ziemskiego kurzu z obolałych po upadku kolan ex-Bogini. Ale Academicus wie doskonale, że całkowite ziszczenie tego pragnienia oznaczałoby kres życiodajnej fascynacji, dlatego stara się maksymalnie przedłużać pobyt ofiary na Olimpie, wampiryzując ją powoli, choć z coraz większym apetytem na… wiedzę. Na władzę nad wiedzą. Zasada jest prosta: fascynacja maleje proporcjonalnie do kurczącego się dystansu emocjonalnego pomiędzy Academicusem a jego CELEM (w szczególnych przypadkach przechodzi ona w inną formę i rośnie – wespół z uzależnieniem od celu, czego Academicus sam niekiedy nie rozumie, więc Czytelnik też nie musi). Fascynacja trwa dopóty, dopóki cel, czyli obiekt wampiryczno-intelektualnej fascynacji, nie zostanie osiągnięty, czyli poznany i omamiony na tyle, by przestał być wyzwaniem, tajemnicą do odkrycia, pucharem pełnym świeżej wiedzy do wypicia. Na (nie)szczęście Academicusa zdarza się to dosyć rzadko, gdyż albo brakuje czasu na zrealizowanie demonicznego planu, na pełną eksploatację zasobów umysłowych ofiary poprzez rozpłomienienie kontaktu z nią, albo realizacja tegoż planu zostaje przez Academicusa wstrzymana z powodów pragmatycznych (chomikowanie cennej energii na czarną godzinę) bądź… osobistych (!), wiążących się ze wzniosłym pragnieniem unieśmiertelnienia swojej „spiżarni” duchowej, trwalszej niż ze spiżu (chyba że wygłodzony i zdesperowany Academicus zdecyduje się – przy sprzyjających warunkach uczelnianych – powrócić i dokończyć to, co zaczął).

Academicus obserwuje.
Academicus obserwuje.
Academicus obserwuje.

Academicus obserwuje, albowiem baczna obserwacja tkwi w jego skrytej naturze; oko jest podstawowym narzędziem pracy tego niezwykłego spektatora-prestidigitatora, potrafiącego zdobyć się na oszałamiającą ekwilibrystykę spojrzeń; im silniej dany widok dokręca śruby źrenic Academicusa, tym więcej myśli wytwarza się w kuźni jego umysłu. Nim jednak zostaną one przekute na potężne zaklęcia, na odurzające iniekcje słowne, musi upłynąć trochę czasu.

Academicus penetruje.
Academicus penetruje.
Academicus penetruje.

Academicus penetruje, lustruje cel całą swoją obecnością; zbliża się doń krok po kroku, z krzesła na krzesło – im pewniej się czuje, tym bliżej ofiary decyduje się zakotwiczyć, spoglądając na nią przenikliwie, implozyjnie, zachłannie, świdrująco, ekstatycznie, wręcz onieśmielająco – ze swego „bocianiego gniazda”, ozdobionego niewidzialną piracką banderą.

Wzmożonemu zainteresowaniu ofiarą towarzyszą zazwyczaj zmiany w wyglądzie i zachowaniu Academicusa: drżenie mięśni, dreszcze – naprzemienne z falami przyjemnego ciepła, przyśpieszone gromobicie serca, ogniki św. Elma w oczach, nerwowość, ekspansywny, zaraźliwy uśmiech, ekscentryzacja i teatralizacja ochoczo manifestowanych zwyczajów (np. rzucająca się w oczy broszka z pająkiem lub nietoperzem, krawat w kościotrupy, wiktoriańskie szaty w kolorze fluoroscencyjnej ćwikły czy inne wabiki – elementy emploi adekwatnego względem tematyki konwersatorium czy wykładu…), skłonność do nadobowiązkowego wysiłku intelektualnego, wyrażającego się w wysokoprocentowym przygotowaniu do zajęć (patrz: rosnący kopiec notatek i książek gromadzonych ostentacyjnie na ławce), monotematyczność, uporczywa refleksyjność, nadczynność wyobraźni (ze skłonnością do obsadzania ofiary w roli głównej), nieoczekiwane paraliże lub spektakularne seksplozje werbalne (żeby nie rzec: oralne), fanatyczna dążność do perfekcji w natchnionych wyjęzyczeniach (o ile dopuści się Academicusa do głosu, i o ile nie zwampiryzuje go trema), gra w klasy spojrzeń… Jednym słowem – Academicus sprawia wówczas wrażenie, jakby sam był wampiryzowany, opętany epifanią Mistrza („yesss, Massster!”), czy wręcz zakochany. Ale to jedynie pozory, będące częścią strategii, w której bodziec jest CELEM, a cel BODŹCEM – do rozwoju duchowego tego wiecznie nienasyconego smakosza umysłów (warto w tym miejscu przypomnieć sobie jedno z ulubionych dań doktora Lectera). Przy wypełniającej go wówczas słodyczy przeżywanego Absolutu stan zakochania wydaje się być jeno trywialną sacharyną podniecenia.

Nawiązywanie kontaktu i porozumienia z obiektem fascynacji sprawia Academicusowi dziką przyjemność, szczególnie jeśli odbywa się to w atmosferze rywalizacji (dobry rywal to pokonany rywal) o względy istoty wampiryzowanej i trofea pochwał. Każda, zwłaszcza odpowiadająca oczekiwaniom Academicusa, reakcja ofiary na strategiczne gesty zostaje przezeń poddana głębokiej analizie. Nic nie ujdzie Academicusowej uwadze, on musi wiedzieć CO NAJMNIEJ WSZYSTKO na temat CELU, nie wyłączając informacji rozsianych w publikacjach naukowych (autorstwa ofiary), wypowiedziach uczelnianych pobratymców, Pudelku.pl…;) Academicus wychodzi bowiem z założenia, że im większa jest jego orientacja w „terenie egzystencjalnym” ofiary, tym łatwiej będzie mu potem zbliżyć się do niej, rekonstruując swoim zachowaniem obraz studenta modelowego, tkwiącego (przypuszczalnie) w jej łaknących urzeczywistnienia wyobrażeniach. Próby owej rekonstrukcji dokonywane są przy użyciu słów-czułków, którymi Academicus powoli i ostrożnie sonduje powierzchnię obiektu zainteresowania. Na początku słowa te przypominają ćmy-kamikadze, lecące ku światłu zadanych pytań, i znikające w nim. Frrru-frrru. Szelest. Szmer. Szept. S(z)yk. Pytanie-odpowiedź. Potem, kiedy droga do świat(ł)oodczucia ofiary zostaje przetarta energicznym ruchem skrzydełek zwiadowczych ciem, do głosu dochodzą aksamitne, nieśpieszne słowa-motyle, zapylające kwiat pamięci (wiadomo czyjej) wydestylowanymi refleksjami („Rzekła lilia do motyla: nikt nie patrzy, niech pan zapyla!” Jan Sztaudynger). Chodzi o to, by CEL poczuł te mieniące się osobowością Academicusa słowa-motyle nie tylko w brzuchu (chyba że jest brzuchomówcą), ale przede wszystkim – na końcu języka. A każdy język ma dwa końce. Istotny jest, rzecz jasna, ten drugi koniec, zapuszczający żurawia w głąb ciała, zwanego czasem duszą – otwartą na Academicusa.

Skoro już mowa o słowach-motylach, to wypadałoby też wspomnieć na koniec o Academicusowych, zwinnych słowach-pająkach; przędą one niewidzialną sieć pomiędzy wampirem a jego celem, sieć, w którą wpadają potem spojrzenia, gesty, niewypowiedziane myśli, podteksty, aluzje, fantazmaty, imponderabilia, fragmenty niedokończonego dzieła…

…i promionki przyjaźni, która przemienia Academicusa w Człowieka. W wiecznego Ucznia, który nieustannie szuka “Nauczyciela i Mistrza”.