Proszę Państwa, oto Jul.
10/04/2009
Czytanie-Transfuzja-Tworki
09/03/2009
Wiedziałam jedynie, że pojawia się tam bohaterka w niebiesko-żółtej sukience. Werterowskie równanie zieleni. Zbójecki wabik. Kupiłam książkę w ciemno i usiadłam w pełnym słońcu. Najpierw jednak wyszłam z siebie, zamurowawszy uszy w czterech dźwiękoszczelnych ścianach płaczu – żeby lepiej widzieć. Usiadłam zatem w pełnym słońcu, zacisnęłam uda, rozchyliłam usta i stronice woluminu. Polała się krew. Co było do przewidzenia, wszak Autor jest nie tylko badaczem romantyzmu, ale i koneserem win. Książka ugryzła mnie w rękę, zlizując kroplę czerwonego trunku, rocznik 1984. “Przepraszam, ale pani zęby tkwią w moim palcu” – zaprotestowałam na transparencie myśli, po czym wyssałam z palca słowa, którymi książka zaraziła mnie od A do Z – jak wampir nieśmiertelnością:
“Drzwi kolejki rozsunęły się bezszelestnie i zastępy pasażerów w milczeniu spłynęły na peron. I wtedy w wyjściu stanęła Anna. (…) stanęła ostatnia w wyjściu jak madonna w kasztanowej ramie, jak cały renesans w symbolicznym skrócie. Wojna była brzydka, więc piękna szyja Anny, i przywołajmy wszystkie mosty świata, by doceniły jej przejście w dekolt obnażony niczym serce zbawiciela. Wojna była straszna, toteż piękna dłoń Anny z pierwszym kwiatem wiosny w niewinnym kolorze, dłoń piękna i Anny palce zwarte na kibici w pięciu wysmukłych synonimach. Wojna była dzika, więc i zgrabna jasna suknia Anny z wesołą falbanką przy skraju, delikatna faktura materii i czujność srebrnych guzików na posterunku. (…) I tak godnie stała w muzeum porannej chwili, niewidzialnie podpisana w prawym dolnym rogu.”
M. Bieńczyk, Tworki, Warszawa 2007, s. 50.
I teraz mam Annę we krwi. Choć to nie do niej należała owa niebiesko-żółta sukienka. Ja ją założę. Założę się. I powieszę w szafie pachnącej naftaliną.
Pentimento (wpis aktualizowany!)
07/31/2009
Pentimento
opowiadanie o -ości
„But people don’t live or die, people just float
She went with the man in the long black coat”.
Bob Dylan
Pojawiła się późną jesienią. Jak nabrzmiały owoc, strącony z gałęzi przez słowo rzucone na wiatr. Była owocem słowa. Takiego, które pieści podbrzusza chłopców wczepionych robactwem myśli w słodki miąższ onanistycznych fantazji. Pozostawiała po sobie wilgotne poranki, surowy zapach deszczu i kłębowiska dżdżownic. Siostra straszyła go w dzieciństwie, że te dżdżownice to diabelskie przyrodzenia. Jeżeli kiedykolwiek sprawisz przykrość mnie, mamie lub innej kobiecie – pójdziesz do piekła i skurczysz się ze strachu szybciej niż orzeszek w łupince (tej, przez którą wypadł ci wczoraj ząb). A ta część ciebie (o, ta!), co będzie próbowała przebić się na zewnątrz – odpadnie i uschnie, o ile nie skończy wcześniej pod obcasem Czarownicy w Czerwonym Płaszczu. Słyszysz? Już tu idzie! Nie słyszał, ale bardzo się bał. Był to jeden z tych dziecięcych absurdów, które – nie wiedzieć czemu – stale powracały do niego piechotą uzbrojonych wspomnień. Odkąd się pojawiła, powróciły wszystkie. I podążyły za nią. Jak oswojone bestie z piękna rodem.
Tego ranka obudził się inaczej niż zwykle. Przez kilkanaście lat bowiem obdzierało go ze snu neurotyczne echo traumy z dawnych lat – dźwięk rybich płetw uderzających konwulsyjnie o podłoże. Chlup, chlup. Źródło koszmaru sięgało czasów, kiedy jako dziecko, wstawszy raz z łóżka, poczuł pod stopą chrzęst zmiażdżonego, śliskiego obiektu. Okazało się, iż była to śniętej pamięci rybka akwariowa, która najwidoczniej padła w nocy ofiarą swojej śmiercionośnej żywotności ości. Gdyby rybka nie skakała, to by ości nie złamała. Naczytała się romantyków, oferma jedna. Rybo! ty nad poziomy wód wylatuj! Aż sięgniesz bruku. Przestań beczeć, druga ofermo, i sprzątnij to świństwo, nim zacznie śmierdzieć! – zakleszczał się wokół niego szyderczy głos siostry, kiedy wymiotował gorzką śliną i płakał z przerażenia. Chciał ją wtedy zabić. Utopić. Żeby topielcza woda wpłynęła na jej przyszłe rybie wcielenie. Być może sama myśl o tym sprawiła, że zamiast przemiany w piekielną dżdżownicę dosięgła go podobna kara – tortura fantomatycznego odgłosu zwierzęcej agonii, stygmatyzująca wszystkie poranki jego dalszego życia. Prawie wszystkie. Bo tego dnia, pierwszy raz od kilkunastu lat obudził się w całkowitej ciszy. A Cisza pierwsza klasa palce lizać niebo w gębie Cisza delikatniejsza od slipów opinających pośladki Davida Beckhama w reklamie Armaniego Cisza z limitowanej serii morderstw Cisza zabijająca hałas na śmierć przed użyciem nie musisz konsultować się z lekarzem ani z farmaceutą na chorobę ci inne środki wyrazu twój Ubik kupowałby Ciszę najlepsza Cisza w oryginalnym dźwiękoszczelnym pudełku zapałek z autografem bohaterki baśni Andersena darmowa dostawa do domu dom gratis Cisza nie dla idiotów na pohybel dealerom cisz bibliotecznych zatruwającym prawdziwą Ciszę stukotami laptopowych klawiatur szmerami mikrofilmów i brzęczeniem telefonii komarowej Cisza® jest tylko jedna tylko tu i tylko teraz w pośmiertnej promocji Tanatosa gratulujemy właśnie został pan jej szczęśliwym nabywcą ma pan kartę chorobową będzie rabat.
Leżał nagi. Jakby Cisza spruła z otoczenia nie tylko szatę dźwiękową – do głuchej nitki, ale i znaczną połać widzialnej reszty, zostawiwszy mu kłębek świata pod powiekami i trochę włosów na ciele. Mógłby przysiąc, że minionej nocy zasnął w bieliźnie. Od tygodnia nie praktykował przecież swojego wstydliwego zwyczaju zabliźniania rany samotności ości w domowym, samoobsługowym burdelu klasy IBM, od tygodnia nie zacierał rąk i granic między wzrokiem a dotykiem, kontemplując przypadkowe zlepki człekokształtnych aktorek porno i duszno: ich por-nosy, por-nogi i całą resztę anatomii słowotwórczej. Przypominały mu rybki w akwarium ekranu, rybki w wodach rozpłodowych. Wciąż te pieprzone rybki. Nawet usta otwierały na podobieństwo rybich pysków. Nie miały jednak głosu, przynajmniej takiego, z którego dałoby się wyłowić żywe słowa. Albowiem cała miłość stanęła im ością w gardle. I jeszcze ten miarowy, lepki dźwięk dochodzący spomiędzy przetasowywanych ludzkich talii – zawsze przywodził na myśl przeklęty chlupot płetw. Chlup, chlup. Mimo wszystko, przy odrobinie manualnej fantazji, potrafił całe to ekranowe gówno wypatroszyć i przerobić na afrodyzjak, wcierając grudki rozpalonej wyobraźni w palce, a palce w ciała ciąg dalszy nastąpi. I następował, a ciemność jadła mu z ręki. Potem zwykle przykrywał spocone ego prześcieradłem. I stygł. Jesienią lub zimą, przy stale uchylonym oknie – błyskawicznie pokrywał się gęsią skórką. Zapewne w ten sposób dusza wyjęzyczała się na nim alfabetem Braille’a, pisząc głównie o tym, jak jej w nim duszno i jaki z niego zboczeniec. Ale on już wtedy zasypiał – znieczulony na przerzuty sumienia i resztę siebie. Czasami tylko czuł się pod tym sztywnym, szarym kawałkiem materiału jak masa z gliny samoutwardzalnej, ale wciąż jeszcze miękkiej i wrażliwej na dotyk. Wyobrażał sobie, że przez sen zdąży przybrać inny kształt, a potem – już uformowany – rozpadnie się na pół i otworzy nowe oczy przy swojej lepszej połowie. Choć raz. Choć raz, do cholery!
Nie mniej dziwne od bezdźwięcznego poranka okazało się wykrochmalone, białe niczym kartka papieru prześcieradło, któremu przyglądał się teraz – nagi i ogłuszony Ciszą. Zbyt dobrze znał topografię brudu na swojej pościeli, by nie zauważyć różnicy, zwłaszcza że poprzedzająca ją zmiana w strukturze kilkunastoletniej rutyny obudziła jego czujność. Na prześcieradle nie było najmniejszej plamki czy śladów wgnieceń, świadczących o tym, że ktoś spoczywał tej nocy na łóżku. Do diabła, pewnie jestem w czyśćcu. Nie chcąc jednak spędzić całego dnia na wyciąganiu wniosków z pościelowych przesłanek, postanowił udać się do sklepu po dużą butelkę ginu (gin z dżinnem proszę!), aby czym rychlej uśpić obudzoną uprzednio czujność i nacieszyć się swoją nową melodią istnienia. Rybka lubi pływać. No to spływaj, rybko, i nie dręcz mnie już nigdy więcej. Nevermore, kurwa rybia mać! Wykłady miał prowadzić dopiero za niecałą dobę, toteż istniało prawdopodobieństwo, że ostatki rauszu – choć przygasające zazwyczaj pod ciężarem nieprzyjemnego z natury kaca – wyretuszują nieco widok znudzonego audytorium. W takich momentach przypominał mu się Neron, marzący o tym, aby tłum skandujący jego imię miał tylko jedno gardło, które dałoby się z łatwością poderżnąć jednym cesarskim cięciem. Jemu zaś, samozwańczemu cesarzowi akademickiemu, wystarczyłaby (miast gardła) para zielonych oczu – w pakiecie z parą długich nóg, rozchylonych jak stronice oprawnego w skórę dzieła Nabokova. Siedziała milcząca, oprawiona w skórę barwy mego głosu, kiedym do niej mówił: rozchylę te karty i wejdę ci w słowo, by toczyć je czule od środka jak robak, co ślad larwy migrans zostawia na piśmie, mieszając z posoką rozgrzany twój inkaust. A ty mnie uczynisz inkluzją papieru, przez który oddychasz, Welinowa Wenus! Taki byłby złotousty, gdyby naprawdę się zjawiła.
Poszukiwania świeżej bielizny rozpoczęły się łazienkowym sparringiem z bawełnianą statuą nieświeżości ości, a zakończyły – starokawalerskim nokautem. Poszarzałe, cuchnące, najeżone gdzieniegdzie resztkami owłosienia zwinięte fragmenty garderoby coraz częściej kojarzyły mu się z kłębowiskiem rynsztokowych piżmoszczurów, które lada moment gotowe były wyszczerzyć doń zęby. Ale skoro jeszcze nie gryzły, sięgnął mozolnie po pierwszą znośniejszą i znoszoną parę gaci, które przywdział ruchem godnym gestu kapłana podczas ceremonii koronacyjnej króla Gaciusia Pierwszego. I tak, nieświeżo ukoronowany od pasa w dół, spojrzał w lustro. Uczucie, które go wówczas ogarnęło, nie było strachem, choć miało jego wielkie oczy. Do tej pory tkwił w przekonaniu, że repertuar dźwięków konstytuujących portret psychologiczny lustra obejmuje jedynie stłuczenia (siedem lat nieszczęścia, a siódemka to podobno szczęśliwa cyfra, o ironio) bądź piski wyssane z palca wodzącego po zaparowanej tafli (topos komunikatów przedśmiertnych w filmach grozy, o zgrozo). Ale ten dźwięk był inny – samoistny i niepokojąco piękny. Lustro bowiem westchnęło. Metaforycznie, jak sądził. Zdawało mu się, że dostrzegł wówczas przelotną wypukłość na jego powierzchni – niczym powietrze nabrane w płuca i wypuszczone melodyjnie srebrnymi ustami, z lekką nutką kokieterii. Sam również wziął głęboki oddech – tak, jakby to lustro przeglądało się w nim, a on tylko niezdarnie i z lekkim opóźnieniem odzwierciedlał jego ruchy. Gdyby miał naturę płochliwej pensjonarki, mógłby się przestraszyć, odmówić paciorek i sięgnąć po pamiętnik. Gdyby drzemała w nim dusza zupiorzonego romantyka, ukłoniłby się zaświatom w podzięce, a następnie napisałby Dziady-Widowisko. Był natomiast pełnym sceptycyzmu, pozbawionym poczucia horroru ciałem pedagogicznym w nieświeżej bieliźnie, więc jedyne demony, jakie brał obecnie pod uwagę, drzemały w myśli o konieczności ości wizyty u laryngologa i okulisty. Psychiatrę wykluczał. Jeżeli oszalałem, to w tym szaleństwie jest metodologia (wykładał teorię literatury). Jednak przed ponownym wkupieniem się w łaski zdrowego rozsądku i odrzuceniem konwencji realizmu magicznego postanowił dokładniej przyjrzeć się lustru.
Zabolało. Pamiętał ten rodzaj bólu z dzieciństwa, kiedy jako chłopak zwykł rzucać się z pomostu do jeziora, przybierając pozycję ptaka z rozpostartymi skrzydłami. Nieuchronna kolizja z powierzchnią wody nigdy nie była przyjemna i zazwyczaj skutkowała kilkudniową migreną, co – zgodnie z jego ówczesną filozofią – oznaczało cenę, jaką przyszło mu zapłacić za namiastkę lotu. Nie wiedział natomiast, za co płaci obecnie. Kontakt wzrokowy z lustrzanym autoportretem przyniósł ze sobą krótkotrwały, ale ostry ból, spowodowany czymś w rodzaju iluzorycznego zderzenia ciała z napierającą na nie, niewidzialną falą lustra, które wylało się z ram. Po kilkunastu sekundach ból minął, a jego miejsce zajęło uczucie pulsującego, wewnętrznego ciepła. Spoglądał teraz na siebie innymi oczyma. Jeszcze przed momentem tkwił w nich obraz nędzy i rozpaczy męskiej sylwetki: krzykliwość krzywizny nóg, umięśnionego torsu pamięci żałobny rapsod (na szczęście owłosienie zachowywało pozory i cmentarną bujność w centralnym miejscu klatki piersiowej, które niegdyś cieszyło oczy wymodelowanym zagłębieniem), wypłowiały błękit tęczówek otoczonych przekrwionymi białkami, nie licząc krost, pierwszych plam wątrobowych, blizny po wycięciu wyrostka robaczkowego i na brodzie (pamiątka po uderzeniu rozpędzonej przez siostrę huśtawki) i całej szpetnej czterdziestoparoletniej reszty, o ile cokolwiek tam jeszcze zostało. Jednak z chwili na chwilę owa wierzchnia, turpistyczna warstwa obrazu zdawała się nabierać coraz większej przejrzystości ości ość oś o, odsłaniając jego oczom fragmenty pierwotnej, doskonałej wersji dzieła natury. Z rosnącym zachwytem przyglądał się własnym dłoniom – były piękne, pokryte gdzieniegdzie kępkami złocistych włosków i bardzo ciepłe. Być może zdążył nasiąknąć wcześniej zapachem jesiennego, nocnego powietrza zza okna, bo jego dłonie pachniały wilgotnymi liśćmi. Nie wiedząc czemu, ale nie mogąc oprzeć się niepojętej pokusie – dotknął opuszkami palców skurczonej blizny na brodzie. Dotyk, z którym nigdy wcześniej owo znieczulone miejsce nie rezonowało, zaowocował uczuciem delikatnego mrowienia, przechodzącego stopniowo w błogi dreszcz na całym ciele, i zwieńczonego silnym podnieceniem. Z grobu będę wychodzić co noc – bezwiednie zacytował w myślach znajome słowa. Napłynęły znikąd i skropliły się na skórze, improwizując strużkami potu pionowe wersy monologu w obcym języku. Wtem zauważył, że lustro, od którego był oddalony o niecały metr, pokryło się gęstą woalką pary na wysokości ości jego ust. Zrobiło mu się zimno, a podniecenie zaczęło opadać, zabierając ze sobą pamięć ostatnich kilku minut. Znów spoglądał na siebie z obrzydzeniem – jak na ciało pedagogiczne w nieświeżej bieliźnie, spragnione dużej butelki ginu. Z dżinnem.
Nie padało, choć deszcz wisiał w powietrzu niczym miecz Damoklesa – nagi i bez pochwy. Rozbawiło go to porównanie – nie tak dawno przecież, tuż po przebudzeniu, znajdował się w zgoła podobnej sytuacji, tyle że on nie wisiał w powietrzu. Zresztą, co za różnica. Zwisało mu to. Źrenice dwudniowych, rzęsiście nawodnionych kałuż zwężały się powoli, spoglądając w rozdmuchane kłęby kurzu na brudnym niebie. Najwidoczniej palec Boży potrzebował Kobiecej ręki. Jednak tamtej kobiety nie było. Już wcześniej – tak, to ona wcześniej przepłaciła życiem piąstkę swą małą, wilgotny paznokieć, skrzydełka sromu, z których miała wzlecieć. Grochowiaka też nie było. Ale on był, z wilgotną opaską horyzontu na oczach, wyprzedzany raz po raz przez swoją flanelową koszulę, którą wiatr odklejał od ciała co silniejszym powiewem. Listopadowy poranek serwował dziś pejzaż na zimno zimniej ogrzej mnie. Drzewa umierały stojąc, ulice – leżąc, krople deszczu – wisząc w powietrzu. Jutro nie umiera nigdy. W co nie wierzył. Sam bowiem stał, leżał, a gdyby zechciał – mógłby wisieć. I nie byłoby jutra. Wytężył wzrok, lecz nie uświadczył w pobliżu ani grama żywej duszy, nawet balkonowe sznurki na bieliznę świeciły pustkami, nie uchyliwszy rąbka lubieżnej tajemnicy sylwetek mieszkańców okolicznych bloków, choćby tej blondynki z czwartego piętra – zawsze tak szczelnie zamkniętej na zamek błyskawiczny (dlaczego nie w zamku królewskim?). Świat sprawiał wrażenie zaledwie szkicu do obrazu miejsca akcji, wyrwanego z kart niedokończonej powieści, której autor poszedł na dziwki i już nie wrócił. Tymczasem on szedł przed siebie, osiedlowy flâneur, ostatnia flanelowa pchła w futrze zziębniętego kota o deszczowych ślepiach, poszukiwacz świętego Graala wypełnionego po brzegi świętym Ginem, który za was i za wielu będzie wylany.
CDN
Walter Moers – “Miasto Śniących Książek”
04/19/2008
Zapraszam na darmową degustację cytatów – świeżych, soczystych, otrzepanych z mrowiska literówek i wyrwanych specjalnie dla Was, cierpliwi Przyjaciele, z powieściowej gleby, użyźnionej imaginacją Waltera Moersa – pisarza, którego w afekcie uczyniłam patronem mojej rozprawy doktorskiej. Proponuję wznieść toast (Atramentowym Winem, rzecz jasna): za “ogniste i próżne kobiety, które wszystko ubierają w cytaty z literatury i gdyby mogły wybierać rodzaj śmierci, chciałyby zginąć pod kołami samochodu, zaczytane w poezjach Emily Dickinson” (C.M. Dominguez, Dom z papieru) !
W. Moers, Miasto śniących książek. Powieść z Camonii autorstwa Hildegunsta Rzeźbiarza Mitów, przekład z camońskiego i ilustracje W. Moers, przekład z W.Moersa bez ilustracji K. Bena, Wrocław 2006.
Zakąski do dania głównego:
Nieśmiało pragnę nadmienić, że pisząca te słowa jest autorką artykułu naukowego, poświęconego rzeczonej powieści (zob. dział PUBLIKACJE)
Życzę smacznego!
_____________________________________________________________1. W głębokich, zimnych jaskiniach,
Gdzie cienie łączą się z cieniami,
Stare księgi stłoczone w marzeniach
Śnią o czasach, gdy były drzewami.
Tam, gdzie węgiel rodzi diament,
Świtatło ni litość nie są znane,
Panuje na owej ziemi
Duch zwany Królem Cieni.
___
2. Tak, opowiem wam o miejscu, w którym czytanie może doprowadzić do szaleństwa. Gdzie książki mogą zranić, otruć, a nawet zabić. Tylko ci, którzy dla lektury tej książki naprawdę gotowi są na tego rodzaju niebezpieczeństwa; ci, którzy chcą zaryzykować własne życie, aby stać się częścią mojej opowieści, powinni towarzyszyć mi do następnego akapitu. Wszystkim pozostałym gratuluję tchórzliwej, ale w gruncie rzeczy rozsądnej decyzji wycofania się. Wszystkiego dobrego, baby! Życzę wam długiego i śmiertelnie nudnego życia i macham wam tym zdaniem na pożegnanie!
___
3. I oto były one, Śniące Książki. Tak w tym mieście nazywano antykwaryczne zasoby, ponieważ z handlowego punktu widzenia nie były one ani już naprawdę żywe, ani jeszcze całkiem martwe, znajdowały się bowiem w stanie przypominającym sen. Właściwy żywot miały już za sobą, a rozkład
przed sobą, tak więc drzemały sobie milionami milionów na wszystkich regałach i we wszystkich skrzyniach, w piwnicach i katakumbach Księgogrodu. Jedynie książka chwycona poszukującą ręką i otwarta przez nią, książka zakupiona i wyniesiona stamtąd, mogła ożyć nowym życiem.
___
4. Psiarz w czerwonej aksamitnej pelerynie krążył wte i wewte przed domem i szczerząc przerażająco kły, szeptał złowieszczo do przechodniów: “Wejście do Gabinetu Niebezpiecznych Książek na własną odpowiedzialność! (…) Są tu książki, które potrafią ugryźć! Książki, które czyhają na wasze życie!
Trujące, duszące i latające książki. (…) Z bocznego wyjścia w regularnych odstępach wynoszono na noszach ciała przykryte prześcieradłami, zza zabitych deskami okien co rusz dochodził stłumione wrzaski, a mimo wszystko turyści tłumnie walili do gabinetu.
___
5. Trzeba by napisać powieść przypisową, nic tylko przypisy do przypisów.
___
6. Och, nie interesuje się pan naukami ścisłymi? Szuka pan beletrystyki? Eskapistycznej literatury dla uciekających przed rzeczywistością? Szuka pan powieści?
___
7. Teraz wiedziałem już też, że tajemnicze trzeszczenie pochodziło z jego czaszki. Słyszało się po prostu, jak Eydeci myślą.
___
8. Zdumiony stałem długo przed tablicą, na której kredą wypisano wszystkie możliwe do zamówienia pyszności. Liczba potraw wraz z ich literackimi nazwami oszołomiła mnie: Atramentowe Wino i Kawa Powieścidło, słodki papier jadalny, który można było takze zamówić, Kakao Pocałunek Muz i Woda Pomysłów (to ostatnie, to w rzeczywistości dość brutalny, wysokoprocentowy absynt), Pralinki Grozy z nadzieniem – niespodzianką (dla czytających horrory, niektóre były wypełnione octem, rybim tranem albo wysuszonymi mrówkami).
___
9. Już od stuleci zamożni księgogrodzcy kolekcjonerzy mieli w zwyczaju perfumować swe książki zapachami produkowanymi specjalne dla nich. (…) Wędzone Książki Kucharskie z wydawnictwa Szafran; pachnące melisą pisma leczącego medycyną naturalną doktora Bociana; Księgi igieł
świerkowych z Zielonej Epoki.
___
10. Zamówiłem sobie w kawiarni filiżankę kawy z buchlingiem – słodkim ciastkiem w kształcie książki, wypełnionym musem z jabłek, naszpikowanym pistacjami i migdałami. (…) Handlarz, nim wręczył gorącą pieczoną książkę, zapakował ją w stronę, którą wyrwał z jakiegoś antykwarycznego dzieła. Nakłuł ją długa igłą, tak, że wypłynęło z niej pachnące cynamonem nadzienie, wyglądające jak płynna zakładka do książki.
___
11. Były opowieści przygodowe z dołączonymi chusteczkami do ocierania potu. Opowieści grozy z wprasowanymi liśćmi waleriany, które można wąchać dla uspokojenia, gdy napięcie sięga zenitu. Książki z ciężkimi zamkami, zapieczętowane przez natiftolską cenzurę (Kupno dozwolone, czytanie zabronione!).
___
12. Opanowani manią wielkości buchemicy, wierzący, że wszystko, co fantazja stworzy na papierze, da się także stworzyć w rzeczywistości, przeprowadzali tu swoje straszliwe eksperymenty. (…) buchemicy
chcieli stworzyć olbrzyma, gigantyczną kreaturę z papieru, mającą chronić Księgogród przed wszystkimi wrogami. Ugotowano książki, czernidło drukarskie wymieszano z ziołami, odprawiono rytuały, aż w końcu ze zmiażdżonego dullsgardzkiego torfu cmentarnego uformowano postać trzykrotnie większą niż dom. Nasycili go czernidłem drukarskim, by wyglądał jeszcze bardziej przerażająco i nazwali Czarnym Człowiekiem. Następnie paru buchemików zabiło się, ofiarowując mu swoją krew, aby się jej napił. Na koniec wsadzili mu w głowę żelazny pręt i podczas burzy postawili go z nogami w dwóch wannach pełnych wody. Potężna błyskawica uderzyła podobno w ten pręt z żelaza i obudziła Czarnego Człowieka.
___
13. Dopiero teraz zauważyłem regał z Cierpiącymi Człowieczkami. Było to sześć sztuk małych, sztucznych stworzeń, awanturujących się w swoich flaszeczkach i stukających w szkło. – Wypróbowuję na Cierpiących Człowieczkach dźwiękową jakość literatury (…). Czytam im wiersze i prozę. Nie rozumieją oczywiście ani słowa, ale reagują na melodię języka. Przy złej liryce wiją się jak w bólach. Przy dobrej zaczynają śpiewać. Rozpoznają smutne teksty po dźwiękach i zaczynają płakać. (…) Wczoraj w nocy czytałem Cierpiącym Czowieczkom ustępy z pańskiego manuskryptu, aby sprawdzić jakość i melodię języka. Najpierw zaczęli śpiewać, a potem płakać, W końcu po kolei zaczęli opadać i umierać. Jakość tekstu ich zabiła.
___
14. Drewpora – tak nazywano w Księgogrodzie spokojne godziny wieczorne, błogie zakończenie księgarskiego i literackiego zamętu w ciągu dnia. Gdy do kominków wkładano grube belki drewna i zapalano fajki, gdy ciężkie wina roztaczały swe aromaty w brzuchatych kielichach, a lektorzy rozpoczynali odczyty: wówczas zaczynała się Drewpora. (…) Otwierano stare foliały i pierwsze wydania prosto z drukarni, a słuchacze przybliżali się, by słuchać deklamacji (…). Drewpora była czasem, kiedy ciało udawało się na spoczynek, a duch budził się prawdziwie do życia, czasem, w którym fantomy poezji powstawały z papieru, by tańczyć wokół głów słuchaczy i czytających.
___
15. Hulasebdener Szruti, legendarny derwisz, kompozytor późnego średniowiecza, wynalazł muzykę hałasów, którą można było wmieszać w każdą dowolną kompozycję. Bazowała ona na dźwiękach wywołujących strach: wycie psów pośród nocy, skrzypienie drzwi, kocie wrzaski, głosy szepczące z nicości, odgłosy tortur dochodzące z piwnicy, wredny chichot z poddasza, zawodzenie kobiet na bagnach, wrzaski z zakładu dla obłąkanych, paznokcie drapiące po łupkowych tabliczkach – każdy dźwięk potrafiący przerazić i dający się przedstawić za pomocą instrumentów. (…) Chadzano wówczas na koncerty, żeby się przerażać. Owacje miały formę krzyków przerażenia, przypadki omdlenia były równoznaczne z prośbami o bisy, a gdy publiczność z krzykiem szturmowała do wyjścia, uznawano, że koncert odniósł pełen sukces. Modną fryzurą były włosy stojące ze strachu, poobgryzane paznokcie
uchodziły za szykowne, a spotykając się niespodziewanie na ulicy, pozdrawiano się efektownym “Buuuuuu!”, wyrzucając gwałtownie ręce w górę. Z tej epoki pochodzi cała masa instrumentów: szubieniczna harfa, dudy grozy, pietra, podwójny wyjący flet, piła śmierci, dwunastoramienny hałas z piwnicy, dusząca torba.
___
16. Historia Niebezpiecznych Książek rozpoczęła się prawdopodobnie tym, że jeden z książkowych piratów rozbił drugiemu czaszkę za pomocą ciężkiego tomu. W tym historycznym momencie zauważono, że książki mogą zabijać i od tego czasu metody napytania innym biedy za pomocą książek przez stulecia powielały się i subtelniały. Książki – pułapki łowców książek były tylko jednym z wariantów. (…) W wydrążonym tomie znajdowały się zatrute strzały i urządzenia do ich wystrzeliwania, maleńkie odłamki szkła wyrzucane przez niewielkie katapulty, sikawki ze żrącymi kwasami albo hermetycznie zamknięte trujące gazy. (…) Książki toksyczne impregnowane trucizną działającą przez dotyk były stosowane szczególnie w czasach camońskiego średniowiecza. (…) Poprzez dotknięcie jednej, jedynej strony można było oniemieć, oguchnąć, zostać sparaliżowanym albo zwariować, nabawić się nieuleczalnej choroby czy też zasnąć snem wiecznym. Niektóre toksyny wywoływały śmiertelne napady śmiechu albo zaniki pamięci, delirium albo chorobliwe dreszcze. (…) pewne wydawnictwo z tego czasu zawsze jeden egzemplarz w każdym nakładzie infekowało śmiercionośną toksyną – i robiło sobie tym samym reklamę. Można by przypuszczać, że te książki zalegały na regałach jak ołów, ale działo się wręcz przeciwnie. Sprzedawały się jak świeże bułeczki. Obiecywały dreszczyk, którego nie mogła zaoferować normalna książka: dreszcz prawdziwego niebezpieczeństwa. Czytano je ze spoconym czołem i kartkowano drżącymi dłońmi, niezależnie od tego, jak nudna była ich treść. (…) Gdy otwierało się jedną z Analfabetycznych Książek Terrorystycznych, cały sklep wylatywał w powietrze. (…) Zakodowane w księgach buchemików posthipnotyczne rozkazy były w stanie doprowadzić czytelników, nawet parę dni później, do rzucenia się ze skał do morza albo do wypicia litra rtęci. (…) Przebąkiwano o książkach, które szeptały i jęczały w ciemnościach, i o takich, które dusiły swych czytelników zakładkami, gdy ci zasypiali w trakcie lektury. Podobno zdarzyło się też kiedyś, że jeden z czytelników zniknął całkowicie w jednej z Niebezpiecznych Książek i już nigdy więcej go nie widziano. Znaleziono tylko jego fotel, z leżącą na nim otwartą książką, w której pojawił się nowy bohater noszący nazwisko zaginionego.
___
17. - Życie jest niestety krótkie – zauważył książę Sommervogel z głębokim westchnieniem.
- Cóż – odparł jego przyjaciel Rocco Niapel, uśmiechając się, podczas gdy nalewał sobie szklankę wina – nie będę oponował, jeśli tym samym chcesz wyrazić pogląd, że egzystencja jest druzgocąco ograniczona.
Wchodzi Madame Fonesecca.
- Och – woła rozbawiona – widzę, że panowie rozmawiają znów o tej pożałowania godnej okoliczności, że bytowanie nasze na tym padole podlega zatrważającemu ograniczeniu w czasie.
[przykład powieści abundowej, charakteryzującej się tym, że jedna główna myśl powtarzana jest w niekończących się wariacjach - przyp. M.S.]
___
18. Najwidoczniej poza twierdzosmoczanami także gnomy potrafią knolfnąć zębami. Wychodzę z założenia, że Rzeźbiarz Mitów chciał przez to powiedzieć, iż wydały z siebie odgłosy uznania. Nie wiadomo jednak, w jaki sposób mógł ocenić, że zrobiły to zębami, skoro były schowane.
___
19. Książki się ruszały! Nie szczególnie mocno, ale widziałem dokładnie, że ich grzbiety podnosiły się i opadały lekko, jak gdyby oddychały. Coś we mnie wzdrygnęło się przed dotknięciem ich, jakby chodziło o nieznane zwierzęta, o których nie wiadomo, czy gryzą, czy nie.
___
20. Każdy buchling uczy się na pamięć całego dorobku wielkiego pisarza. Taki jest cel naszego życia. Ja jestem w trakcie zapamiętywania dzieł zebranych Gofida Letterkerla. On nadal pisze, wiec jestem, że tak powie, niedokończony. (…) Każdy buchling nabiera w końcu cech charakteru poety, którego uczy się na pamięć, to nieuniknione. To nasze przeznaczenie. Z natury jesteśmy niczym niezapisane kartki, które chcą być zapisane, bez własnej osobowości.
___
21. Istnieje takie miejsce w kosmosie, gdzie skupiają się wszystkie artystyczne idee, ścierają
się ze sobą i tworzą nowe (…). Natężenie kreatywności w tym miejscu musi być ogromnie wielkie, niewidzialna planeta z morzami z muzyki, rzekami czystej inspiracji i z wulkanami wypluwającymi myśli, przeszywana błyskawicami duchowości. To jest Orm. Pole siłowe wyrzucające z siebie hojnie energię.
___
22. Odżywiamy się czytaniem!
___
23. Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.
W jednym, jedynym zdaniu nie powinno występować więcej niż milion mrówek, chyba że chodzi o naukowe dzieło o mrówkach.
Opowieści grozy pisze się najlepiej z zimnym okładem na karku.
Jeśli jedno z twoich zdań przypomina ci trąbę słonia, który próbuje podnieść fistaszka, to powinieneś je jeszcze przemyśleć.
___
24. Przypuszczamy, że rośniemy w książkach, tak jak pisklęta w jajach.
___
25. Ciekawość jest najpotężniejszą siłą napędową w kosmosie, ponieważ jest w stanie pokonać dwie największe siły hamujące: rozsądek i strach.
___
26. Książki te robiły takie wrażenie, wywoływały taką grozę i strach, że ich czytelnicy często w środku lektury wyrzucali je z krzykiem do kąta i chowali się za meblami, bo nie mogli już wytrzymać. Niektórzy zwolennicy literatury Jeżącej Włos w wyniku nadmiernej ich konsumpcji wariowali ze strachu, lądując w zakładach zamkniętych i wpadali w ataki histerii, gdy tylko z daleka pokazywano im jakąś książkę, nawet gdy była to książka kucharska. (…) Można podobno usłyszeć, jak Jeżące Włos Księgi szeptały i szlochały w ciemnościach. Otwierały się ze skrzypieniem jak zardzewiałe drzwi do podziemnych, dawno zapomnianych lochów, w których czaiło się Nienazwane. Gdy je otwierano, nierzadko wyrywał się z nich upiorny krzyk lub potworny śmiech. Czasami wydobywało się z nich zimne tchnienie, wiatr wypełniony szeptami, poruszający pożółkłymi zasłonami w pokojach umierających w prastarych, przeklętych zamkach, wypełnionych niespokojną obecnością przeklętych dusz. Książki te potrafiły rozpłynąć się w powietrzu w trakcie czytania i z chichotem zmaterializować w zupełnie innym miejscu w pokoju. Z ich stron wyskakiwała czasem odrąbana włochata ręka z dziesięcioma palcami, by przespacerować się po ręce czytelnika jak pająk, po czym rzucała się w ogień kominka i wyjąc płonęła. Teksty zawarte w Jeżących Włos Księgach składały się prawie wyłącznie ze słów budzących najbardziej nieprzyjemne odczucia. Były to słowa i zwroty takie, jak: zdrętwiały, kościsty, posępny, wielonożny, dreszczowy, niesamowity, grobowy głos, godzina upiorów albo pożarty przez robaki. Literatura Jeżąca Włos wprowadziła do użytku także parę nowych tworów, w których słowa te połączono ze sobą dla spotęgowania ich oddziaływania, jak na przykład zdrętwiałokościsty, posępnodreszczowy albo wielceniesamowity. (…) Czytanie Jeżącej Włos Księgi równało się spacerowi podziemnymi piwnicami, które odkryło się o północy za ukrytymi drzwiami – w opuszczonym zakładzie dla umysłowo chorych, w którym straszyły niespokojne upiorymasowych morderców. Jakby było się w zatęchłej piwnicy pełnej pajęczych sieci, którą bada się świecą migoczącą w drżącej dłoni, podczas gdy prychają na nas czerwonookie szczury, a lodowate macki chwytają za nasze kostki. (…) Zestresowany czytelnik opuszcza książkę i zaczyna obgryzać paznokcie. Nie powinien jej raczej odłożyć? Zakopać? Spalić? Zamurować? Ale przecież to takie pasjonujące! Tam! Uderzenie dzwonu, gdzieś z oddali jak gdyby wydobyte z dzwonka na umarłych, poruszonego przez otulonego czernią kosiarza, który nadszedł, by… Nie, to tylko pusty kieliszek po winie trącony łokciem. (…) buchemicy (…) stworzyli eliksir, który, gdy perfumowano nim strony książek, wywoływał wszystkie opisane symptomy strachu, od gęsiej skórki po zatrzymanie akcji serca.
___
27. Gruchnęła o ziemię, głośno zaszeleściła, z okładki wysunęło się cztery, sześć, osiem małych nóżek i uciekła ode mnie prościutko w stronę przeciwległej ściany z książkami. (…) To było fascynujące: książki, które mogły się rozmnażać i samodzielnie stworzyć bibliotekę. (…) Książka prychnęła i ugryzła mnie w rękę. (…) To były latające Żywe Księgi, wariant nietoperzowy.
___
28. Nie mógł patrzeć na żadną gnającą po niebie chmurę, nie widząc w niej epickiej historii jakiegoś ludu chmur. Ani na pędzącą wodę, nie widząc w niej przezroczystych bajecznych postaci. Ani na łąkę, nie wymyślając zaraz sagi o rasie źdźbeł trawy.
___
29. Stworzyli rodzaj papieru, który był tak wrażliwy na światło, że zapalał się momentalnie, gdy padał na niego choć jeden promień słońca, ba, nawet promień tego ciała niebieskiego odbity przez księżyc. Papier, który mógł istnieć tylko w ciemnościach katakumb. (…) Ten tajemny papier, wraz ze znajdującym się na nim tajemnym pismem, jest twoją nową skórą. Nasączyliśmy go rozmaitymi animistycznymi i buchemicznymi olejami i esencjami, a potem przykleiliśmy do twego mięsa za pomocą jedynego w swym rodzaju kleju książkowego, któreo nie da sięniczym rozpuścić. Jeśli będziesz próbował oderwać swoją nową skórę od ciała, sam rozerwiesz się na strzępy.
___
30. Strumień poetycki z mózgu jest niewłaściwie skierowany. Twoja prawa ręka nie jest twoją ręką do pisania. Musisz pisać lewą.
___
31. Był tak utalentowany, że aż od tego umarł.
___
32. Olbrzym jest naukowcem. Albo kimś w rodzaju alchemika. Czyta. Czyta te wszystkie olbrzymie książki, które tutaj widzisz. Eksperymentuje w gigantycznych laboratoriach niedaleko stąd. Zaciągnął zwłoki swoich przodków do olbrzymiej lodowej jaskini. Wydaje mi się, że przeżył tak długo jedynie dzięki temu, że pożera ich jednego po drugim.
___
33. Piromańska Powieść Pobudzająca, szczególnie nieprzyjemny odłam literatury trywialnej, nastawiony na klientelę odczuwającą swego rodzaju zaspokojenie w trakcie czytania opisów ogromnych, niszczących wszystko pożarów.
___
34. Od gwiazd pochodzimy i ku gwiazdom zmierzamy.
Życie jest tylko podróżą w nieznane.


