LothLOREENIEn

Gdy byłam młodziutkim, nieopierzonym jeszcze, choć całkiem lotnym dziewczęciem - dostrzegłam JĄ razu pewnego w srebrnej pełni małego ekranu. Ukłoniła się mej pamięci jako tańcząca kobieta w dymiącej sepii. Co prawda – ów dym, jak się okazało, stanowił raczej produkt dziewczęcej konfabulacji, aniżeli rzeczywisty element ówczesnego przedmiotu poznania. Po latach doświadczyłam kolejnej epifanii tajemniczej kobiety, tyle że cały jej sztafaż nie rozpościerał się już na srebrnym ekranie, lecz w przestrzeni mego nagłego wspomnienia, które za kolejnych kilka lat miało wyewoluować w niezwykły sen o mglistej, złoto-brązowej, zroszonej łące; dzieliła mnie od niej jedynie niewielka kładka – metafora śmierci, symbolicznego przejścia na drugą stronę, gdzie przy zachodzie słońca nieznani ludzie tańczyli w kole, rozwijając raz po raz wstęgi dymu wypuszczającego kłącze z dalekiego ogniska.

Nie wiedziałam, kim jest, nie znałam JEJ imienia ani tytułu pieśni, którą roznieciła między jawą a snem w mym życiu. Niemniej – muzyczny popęd zaprowadził mnie do EMPIK-u. Melodia pulsowała mi we krwi jak mantra na ustach. Zaczęły ustateczniać się i dopełniać efemeryczne reminiscencje – “Mc…, McK…, McKennitt!”. Loreena – imię jak zaklęcie w zielniku druida. Murder’s? Mother’s? … Mummers’ dance! Iluminacja. Olśnienie. Euforia. Ekstaza.  Nawet nie przesłuchałam całej kasety. Ta jedna pieśń zdołała mnie wykarmić na wiele lat. Oczywiście – teraz album “The Book of Secrets”, bo o nim mowa, jest mi znany na tyle dobrze, że coraz częściej składam ofiary wersów na ołtarzu Translacji, spolszczając autorskie teksty pani L.

Prawdziwy przełom nastąpił w 2005 roku. Czerwiec – robaczy miesiąc, preludium do kanikuły. Wówczas pojawił się ON – w orbicie mego istnienia, w mym sercu dużo później. ONA była także JEGO częścią, w wyniku czego nastąpiła niezwykła kontaminacja dusz, która znajduje dziś wyraz w zdumiewającej regule: otóż: gdy mówię o NIM lub do NIEGO, słowa moje – niczym pentimento – prześwitują barwą uczucia względem NIEJ, natomiast gdy mówię o NIEJ, czynię to za pośrednictwem słów zroszonych NIM jak trawa w Złotej Dolinie, którą C.S.Lewis tak mocno ukochał (polecam miłym Czytelnikom film Richarda Attenborough – “Cienista Dolina” http://www.filmweb.pl/Cienista+dolina+1993+opisy,FilmDescriptions,id=1235 ).

Podczas minionych Świąt (na które mroczny cień rzuciła bezlitosna telewizja, emitując tę istną Biblię Pauperum z naturalistycznymi elementami kick-boxingu, czyli “Pasję” /lub “Piłę” – jak kto woli/  Gibsona-sadysty… ) miałam okazję zapoznać się z ekskluzywnym nagraniem wideo, upamiętniającym koncert Loreeny w Alhambrze. Nie, miły Czytelniku, nie spodziewaj się recenzji (bo gdybym podjęła się tego zadania, to pewnie rezultat jawiłby się podobnie: http://homonimia.wordpress.com/verbarium-ii-proza-autorki/ ), z tego kilkudziesięciominutowego przeżycia (okraszonego mymi łzami) nie sposób nawet zdać relacji, albowiem pretendowałaby ona wówczas do miana “kościoła bez Boga” – słowami dałoby się wznieść bajeczną katedrę Impresji, ale Duch Chwili oparłby się jakiejkolwiek próbie wysłowienia. Zabrakłoby złotego ołtarza w owej katedrze. Ale milczenie jest złotem. Niemniej – nie zdołam odmówić sobie przyjemności napisania krótkiego komentarza…

“Ile lat mają twoje ręce”? – mogłabym zadać Loreenie pytanie fragmentem wiersza Haliny Poświatowskiej. Czy tyle, ile słoje drzewa, z którego wykonana została JEJ harfa? Te ręce wyczesują ze strun opowieści starsze zapewne od murów, których fakturę tak czule przed koncertem badały (zupełnie jakbym widziała siebie gładzącą ukochane skamieniałe Drzewo we wrocławskim Ogrodzie Botanicznym). Fascynujące są konstelacje rąk muzyków tworzących zespół Loreeny: posągowe nadgarstki wiolonczelistki, smukłe, gotyckie palce charyzmatycznego skrzypka (boskiego Hugh -http://www.hughmarsh.com/images/face00.jpg ) , masywne, golemowe dłonie bębniarza… A jeśli już pozostajemy w takiej “kosmicznej” metaforyce, to podkreślić należałoby również obecność złocistych i srebrzystych orbit pierścionków, w tym obrączek, których błyski zdawały się wypełniać białe przestrzenie między nutami… A w centrum tego mikrokosmosu ONA – ruda mgławica Loreena. Na scenę wkroczyła bowiem ruchem mgielno-polonezowym, wolnym (jak gdyby teatralnie spowolnionym), płynnym, by… podczas wykonywania spektakularnego “Santiago” podskoczyć przed oczarowanym bębniarzem (który aż klasnął z wrażenia) wyżej niż mój królik w rytualnym transie wieczornym. Gdybym-ci ja miała taką kieckę jak Loreena, też bym podskakiwała.  Ów mgielny ruch dało się także zauważyć w scenach plenerowych, kiedy ruda “mniszka” kroczyła hiszpańskimi ścieżkami, uświęcając sobą architektoniczne rarytasy.

Radość, która tryskała zarówno z instrumentów, jak i z wszystkich muzyków (nawet Hugh Marsh uniósł kąciki ust w trakcie “Marco Polo”) nie sprawiała wrażenia radości “sponsorowanej”, złożonej na ołtarzu Mamony, mimo że “Nights from the Alhambra” jest koncertem przeznaczonym do obrotu rynkowego. Ci ludzie naprawdę cieszyli się i delektowali Muzyką, którą wydmuchali, wypieścili, wystukali, wydudnili, wyłaskotali ze swych drewnianych (i nie tylko) towarzyszy. Były, rzecz jasna, chwile łzawe – na czele z “Penelope’s song”, “The old ways”, “Dante’s prayer”czy “Raglan road” – o mały włos (a raczej – o mały głos) nie skropliły się ciemne szafiry oczu Loreeny. Poezja powiek. To nieprawdopodobne, jak niewiele środków wyrazu może złożyć się na tak bajeczną ekspresję – przy niesłychanej dystynkcji gestów (Loreena nawet wręczone jej kwiaty /storczyki??/ potraktowała z odpowiednim namaszczeniem, z delikatnością nie mniejszą od tej, z którą przystępuje do gry na harfie). Szczególnie upodobałam sobie loreenowy atak śmiechu w finale “Huron ‘beltane’ fire dance” – wyglądało to tak, jak gdyby – z serdeczną myślą o swych rozentuzjazmowanych muzykach – chciała rzec: “wariaci!” A w tym szaleństwie, miły Czytelniku, jest metoda – sposób na życie (ła)godne, pełne pasji, uwagi, wieczystego natchnienia, miłości, dobroci, piękna i łaski. I Muzyki. Potęga smaku. Długa jest droga bez zakrętów.

http://www.youtube.com/watch?v=A4hVXLmvrR8

http://www.youtube.com/watch?v=afAjt0E250E 

http://www.youtube.com/watch?v=7EVY4B5hJec 

http://www.youtube.com/watch?v=hK-Pi-Dgsfk  

Nie mogłam oprzeć się pokusie stworzenia alternatywnej wersji bookletu do “Nights from the Alhambra”. Oto i uroczysta odsłona. Oryginał wkrótce znajdzie się… no – w CZYICH rękach? W JEGO rękach: http://www.deviantart.com/deviation/53304850/

Samej Loreenie natomiast – ofiarowana zostanie (gdy tylko uprzedzę ekipę Quinlanroad) ta oto gliniana harfa (również mojego autorstwa): http://www.deviantart.com/deviation/45803328/

Mam nadzieję, że Los pozwoli mi zrealizować ten pomysł, a ręce listonoszy okażą się choć w połowie tak łagodne, jak czułe dłonie Harfistki.

Komentarzy: 13

  1. inez powiedział

    kwiecień 14, 2007 @ 8:51 pm

    No i co mam powiedzieć… że odczuwam to wszystko podobnie… tylko harfy nie mam nla Niej… i już… cieszę sie bardzo, że mogę poczytać sobie te Twoje dygresje… to dla mnie ważne.. .bo to żyje… pozdrawiam – inez.

  2. homonimia powiedział

    kwiecień 14, 2007 @ 9:08 pm

    Nie żyłoby, gdyby nie Ci, którzy to wszystko czytają. Dziękuję, Iskierko.

  3. tsu powiedział

    kwiecień 16, 2007 @ 12:10 pm

    jestem pod wrażeniem.
    dlaczego zawsze, gdy tu zaglądam już nic więcej nie mam do dodania?:|

  4. homonimia powiedział

    kwiecień 16, 2007 @ 12:22 pm

    Tsu> ja już się uzależniłam od Twoich komentarzy :) A tak w ogóle, to czy my nie powinnyśmy być teraz w Ossolineum? ^^ (zamówiłam Farysa w BU, brakuje mi tylko tej książki o Oriencie) cmokawki

  5. versatis powiedział

    kwiecień 16, 2007 @ 2:31 pm

    Mi też pozostaje tylko achnąć nad pięknem utkanej materii: materii słownej Autorki, wspaniałej Muzyki, przeżycia i twórczej ekspresji :) U mnie się również zaczęło od Mummers’ Dance (był taki serial obyczajowy “Legacy”, którego czołówka była okraszona właśnie Tańcem) – ale wtedy nie wiedziałem, że to Ona. Następne było “Full Circle” usłyszane w radiu, nagrane na taśmę, podpisane ” ?? “. Dopiero potem doszło do “Wizyty”… i tak się zaczęło. :)

  6. homonimia powiedział

    kwiecień 16, 2007 @ 4:02 pm

    Hmmm… a może by tak napisać książkę o Niej? :) To byłoby niecodziennie przedsięwzięcie – napisać książkę o Kimś, kogo zna się jeno od muzycznej strony księżyca. Wiesz, ten uroczy rewers ‘Oracle’ przypomina nieco Taniec Kolędnika :P

  7. le powiedział

    kwiecień 16, 2007 @ 5:09 pm

    och. właśnie sobie przypomniałam, że jedna z moich czarownic mówiła, że jej jakaś krewna-czy-znajoma pisała pracę magisterską o loreenie. tylko teraz oczywiście za nic sobie nie przypomnę, która z wiedźm o tym wspominała..

  8. druidh powiedział

    kwiecień 16, 2007 @ 7:48 pm

    Ehhh… Mój pierwszy kontakt to tajemnicze pliki o nazwach mm00.mp3 (itp.) w czasach gdy Internet był ekskluzywnym dobrem przywożonym w wiaderkach zza oceanu. Potem na jakiś czas o wszystkim zapomniałem, by po kilku latach odkryć tajemnicze mp3 na nowo. Rozpocząłem gorączkowe poszukiwania wśród dyskografii znajomych i udało się. Ktoś miał “Greensleeves”, które pokryło się z jednych z tajemniczych plików mm.mp3. Potem już było łatwo…
    Obecnie, od czasu do czasu, szukam niestudyjnych i niekoncertowych nagrań Loreeny. Mam jedno z jakiegoś festynu, nagrane chyba z TV. Może ktoś z Was ma takie nagrania?

    Myślę że można by też napisać książkę o tym jak ludzie odkrywają muzykę Loreeny, bo z tego co czytam w każdym przypadku jest to niezwykle ciekawe… i o represjach jakie ich spotykają ze strony innych domowników, którzy nie uznają “tego wycia”. :D

  9. homonimia powiedział

    kwiecień 16, 2007 @ 8:33 pm

    Miło mi gościć u siebie Druida :) O tego typu książce również myślałam, a ostatnio coraz poważniej zastanawiam się nad czymś w rodzaju pracy zbiorowej, będącej twórczym wyrazem uznania dla Artystki. Znalazłyby się tam refleksje słuchaczy, ich historie związane z indywidualnymi eksploracjami muzyki Loreeny, a także artykuły naukowe, ilustracje, tłumaczenia etc. Najpierw jednak muszę zgromadzić materiały i ew. zainteresowanych :) Co do nagrań, o których Pan wspomniał… Ściągnęłam swego czasu archiwalne zapisy audio z różnych, chyba nie tylko oficjalnych-koncertowych występów L. Oto lista:

    Loreena McKennitt – Celtic Connection – Live In Glasgow 17 January 1995
    Loreena McKennitt – Christmas Show, December 1994
    Loreena McKennitt – Live In Hamburg April 06 1998
    Loreena McKennitt – Live In Ontario Place, Toronto 27-09-1992
    Loreena McKennitt – Live In Schoenberg Hall (Westwood, 20 May, 1994)
    Loreena McKennitt – Live In Vancouver 1990
    Loreena McKennitt – Living Room Concert (Live On Echoes Radio 6-29-1994)
    Loreena McKennitt – Mountain Stage Concert (Echoes Radio 8-13-1995)
    Loreena McKennitt – North Park Gallery Victoria BC 1989-11-27

    Jakość niektórych nagrań nie jest idealna, ale plusem jest to, że zawierają one także utwory-efemerydy, nieznane, może pierwszy raz, na specjalną okazję zaprezentowane. No i są tam również moje ulubione opowieści Loreeny między nutami ^^
    Gdyby czuł Pan nieodpartą, palącą, wszechpochłaniającą potrzebę usłyszenia tych wykonań, to mogę przesłać płytę.

    ***
    Droga Le: gotowa jestem wysłać Ci Vita Buerlecithin, byleś sobie tylko przypomniała, kto zacz !

  10. rumiankowa powiedział

    kwiecień 18, 2007 @ 7:26 am

    zaskoczyłaś mnie tym że mnie znalazłaś :)

    przesyłam ciepłe siedleckie uśmiechy :)

  11. druidh powiedział

    kwiecień 18, 2007 @ 7:28 am

    Czuję nieodpartą, palącą, wszechpochłaniającą potrzebę wypełniającą mnie od dolnych partii pięt po czubek głowy. Jako, że każdy człowiek posiada podobno otaczającą go aurę, ona również jest przepełniona tą potrzebą po same brzegi. Do całości dołącza się również mój świat wewnętrzny. Od kilku dni zdaje się, że nie myślę o niczym innym w związku z czym mam ogromne kłopoty z napisaniem nawet zwykłej odpowiedzi do powyższego komentarza. Intuicja podpowiada mi że podświadomość jest równie monotematyczna.
    Mam nadzieję, taki poziom “zapotrzebowania” jest odpowiedni. :)

  12. homonimia powiedział

    kwiecień 18, 2007 @ 8:05 am

    Rumiankowa Damo – witaj w mych skromnych progach ;)

    Druidzie – wzruszyła mnie ta paląca, wszechpochłaniająca potrzeba wypełniająca Pana od dolnych partii pięt po czubek głowy, od ego aż po superego, z dłuższym postojem w id. Skoro jeszcze całkowicie Pan nie spłonął w afektacji, to proszę dać znak życia w mailu pod adresem: skaleczonycien@wp.pl – wówczas pokonwersujemy na temat wysyłki wspomnianej płyty ^^

  13. versatis powiedział

    kwiecień 18, 2007 @ 9:05 am

    rewers “Oracle” jest pośrednio z Loreeną zwiazany, gdyż to miała być impresja do “Firefly Night” Caroline Lavelle, a postacie celowo miały być mummersowo sztywniackie… widać cudowna interinspiracja nie zna granic :D


Napisz komentarz