Osobisty pamiętnik wampira Academicusa przez niego samego spisany

H: Co robi człowiek, którego szukasz?
C: Zabija kobiety.
H: Nie, to robi na marginesie. A co robi przede wszystkim?
Jaką potrzebę zaspokaja podczas zabijania?
C: Wyładowuje gniew, szuka akceptacji, zaspokaja seksualne frustracje…
H: Nie, on podziwia. To leży w jego naturze. W jaki sposób budzi  się w nas
podziw? Czy szukamy obiektów podziwu? Postaraj się odpowiedzieć od razu.
C: Nie, my…
H: Zaczynamy podziwiać to, co widzimy codziennie. Nie czujesz spojrzeń
wędrujących po twoim ciele?A czy twoje oczy nie szukają tego, czego pragniesz? 
.
(Milczenie Owiec, cytat ze ścieżki dźwiękowej filmu
 -fragment rozmowy Hannibala z Clarice)   

.

 Wydawać by się mogło, że na temat wampirów powiedziano już wystarczająco dużo, a to wszystko zostało zgrabnie wyssane z ksiąg wszelakich i wyjęzyczone w formie zwampiryzowanego tekstu, przyszpilonego do kart osikowym piórem prof. Marii Janion (patrz: „Wampir. Biografia symboliczna”).Nic bardziej mylnego! Oto bowiem nastał czas, by wyjawić długo niedopuszczaną do świadomości zbiorowej, objętą wykształciuchowym tabu i ukrytą za woalem poprawności wampirycznej tajemnicę… Pora przerwać cienką czerwoną linię milczenia – i przedstawić Szanownemu Czytelnikowi wampira ACADEMICUSA. 

Academicus to wampir intelektualny, jego naturalne środowisko życia stanowią – jak sama nazwa sugeruje – wyższe uczelnie państwowe, ze wskazaniem na wydziały filologiczne, gdyż słowa, słowa, słowa… i słowa o słowach współtworzą koloryt lokalny, który doskonale komponuje się z malowniczą psychiką Academicusa. A trzeba wiedzieć, że Academicus to słowofil, słowoman, słowomaniak, słowoholik, nic dziwnego zatem, że w temperaturze książkowej jego wampiryczne myśli nabierają rumieńców gorejących pod pancerzem chronicznej bladości. Bladość owa jest efektem działania promieni tekstowych, generowanych przez wertowane tabule literatury pięknej. Nałogowy, trzepoczący kartkami czytelnik (tzw. nietoperz książkowy, czyli jedna z postaci, jaką przybiera Academicus) opala się przez to na biało. I wszystko jasne. 

Fizys Academicusa, oprócz wspomnianej bladości, nie odznacza się niczym szczególnym, dzięki czemu z łatwością może się on wtopić w studencką gawiedź. Bo Academicus to wampiryczna odmiana STUDENTA, choć nierzadko wpada on w szał ciał pedagogicznych, przybierając postać wykładowcy-wodzireja wiedzy (na balu u Wolanda), zwłaszcza że np. zaszczytny tytuł „dr” budzi nieprzypadkowe skojarzenia z pierwszymi literami imienia Dracula, zaś „prof.” – ze słowem profanum… Ale skupmy się na jego pierwszej odmianie. 

Academicus, mimo że posiada cechy dystynktywne płci żeńskiej lub (rzadziej) męskiej, wykracza swoją egzystencją daleko poza orbitę płci; to wytrawny smakosz umysłów, więc status biologiczny ich „nosicieli” nie ma dla niego większego znaczenia. Jednocześnie trzeba zaznaczyć, iż obiektami jego wampirycznej działalności stają się zazwyczaj wykładowczynie – prawdopodobnie ze względu na atrakcyjniejsze manifestacje (nie mylić z manifami! albo mylić – będzie pikantniej…) ich zmysłowego intelektu (ot, wyobraźmy sobie taki striptiz szarych komórek). Panowie wykładowcy, oczywiście, także miewają ponętne mózgi, toteż – jeżeli tylko potrafią tego dowieść, oświetlając owym organem (tj. mózgiem), niczym reflektorem, soczyście ubarwioną osobowość – mogą liczyć na żywe zainteresowanie Academicusa, który musi pozostawać w stanie permanentnej INFLACJI EGO[1], inaczej jego sens życia zapada w hibernację bądź estywację (w zależności od semestru…). Krótko mówiąc – Academicus jest nałogowym admiratorem pięknych umysłów, pogrążonych w aromatycznej aurze niedostępności, tajemnicy, kontrowersji, ekscentryzmu… Academicusa pociągają intelektualne kurioza-precjoza, on pragnie zatopić w nich kły mądrości, z pomlaskiwaniem sącząc wiedzę (tzw. “KREW FILOZOFICZNĄ”); on pragnie uwieść swoje „ofiary” niefizycznie, dokonać czegoś w rodzaju emocjonalnej roszady, polegającej na sprytnym przesunięciu przedmiotu wampirycznej fascynacji w sferę podmiotu zafascynowanego samym Academicusem. Z kulis tejże roszady sprawę winien zdawać sobie JEDYNIE Academicus, czyli wykonawca wampirycznej czynności. Nie jest bowiem wskazane, aby CEL wiedział, że jest celem (dodać należy, że cel osiągnięty staje się środkiem… wyrazu nowego celu). Jednocześnie -

trzeba kąsać, wypijać krew (…), ale i zapobiegać temu, by [cel - przyp. M.S.] od owych ukąszeń nie stał się wampirem, gdyż wtedy – w walce wampirów między sobą – szanse się niebezpiecznie wyrównują

(M. Janion, Polacy i ich wampiry [w:] Zło i fantazmaty)

To daje Academicusowi przewagę nad celem. Jeżeli zaś cel jakimś cudem domyśli się, ze jest tym, czym jest, czyli celem ;) , może wówczas albo pogodzić się z narzuconą mu rolą, dokładając wszelkich starań, by zaspokoić twórczy głód Academicusa, i czerpiąc z tego perwersyjną przyjemność, albo też przyjąć postawę defensywną, próbując poszczuć Academicusa osikowym kołkiem obojętności (Boże uchowaj!) bądź czosnkową wonią antypatii (a fe!). Zwykle jednak nie odnotowuje się reakcji alergicznych na zidentyfikowanego Academicusa. Chyba że nastąpi błędna identyfikacja, tzn. stawiająca go w nieprzychylnym świetle - bo podkreślić należy, że wszelkie pejoratywnie nacechowane sądy (np. „lizus”, „prowokator”, „dewiant”, „pozer”), dotyczące naszego bohatera – są fałszywe. Tymczasem Academicus to po prostu, w najdoskonalszym tego słowa znaczeniu – Academicus, nawet wówczas, gdy przekracza siebie poprzez wkroczenie w cudzą psychikę. A przekraczając siebie – poszerza siebie. Zatacza kręgi swojej obecności, rozwija się jak kłącze. Wampiryczne, rzecz jasna. 

 [Słucham? Cóż, niewykluczone, Herr Freud, że owo „wkroczenie w psychikę” jest formą działalności „fallicznej”, zmierzającej ku zapłodnieniu czyjejś duszy wampiryzującymi myślami, zdolnymi wessać w siebie duszę „ofiary”. Obawiam się jednak, mein Herr, że oznaczałoby to sprowadzenie obu płci do maskulinistycznego, chutliwego wielce mianownika. Dobrze, przedyskutujemy to wieczorem. Tam, gdzie zawsze, Herr – w tawernie „Pod Morfeuszem”. Tylko proszę pamiętać – łapy przy sobie!] 

Preludia do rozwijających się fascynacji Academicusa grają najczęściej uczucia ambiwalentne; rzadko się zdarza, by zarzucił on sieć chłonnych skojarzeń na kogoś, kto daje się lubić od pierwszego nawiedzenia. Przyszła ofiara Academicusa powinna na początku wzbudzać w nim rodzaj lęku zmieszanego z zazdrością i wrogością, lęku przed Nieznanym, przed dominacją wyrazistej, a zarazem enigmatycznej osobowości. Academicus, przy sprzyjających okolicznościach przyrody duchowej, rychło zaczyna rozsmakowywać się we własnym strachu, kompilując w myślach sugestywne cytaty:  

- Jest Pani bardzo otwarta. Poznać Panią prywatnie to byłoby coś.
-Coś za coś, doktorze.                                                

 (Milczenie Owiec, cytat ze ścieżki dźwiękowej filmu)  

 Dopóki jawiła się jako Królowa Śniegu, wyniosła i urodziwa, chłodna i niedostępna, marzenia z nią związane miały charakter drapieżny, były podszyte gwałtem. Chciało się ją „obnażyć”, wytrącić z równowagi, przyłapać na słabości – przekonać się, krótko mówiąc, czy ma też inne oblicze, a jeśli tak, to jakie. Z chwilą zaś, gdy opowieść o kolejach jej życia strąciła ją z Olimpu i zesłała na ziemię, wyznaczając w dodatku los niecodziennie gorzki, zmienił się również rodzaj budzonych przez nią emocji. Miejsce mrocznych pożądań, dzikich i perwersyjnych, zajęło onieśmielenie i niema fascynacja, nacechowana respektem i niekłamanym współczuciem. I to właśnie było piekłem. Bo ginęła nadzieja na jakiekolwiek remedium. Gdy w grę wchodziła tylko dławiąca ekscytacja, podrażniona ambicja, poczucie podrzędności, to wszystko dawało się jeszcze tak czy inaczej łagodzić (…). Tymczasem urzeczenie brzemienne w szacunek i żal kompletnie wiązało ręce. 

(Antoni Libera, Madame)

 Strach toruje drogę fascynacji (Academicus, w pewnym sensie, pozwala się uwieść strachem), w którą wpisane jest czysto wampiryczne pragnienie wyssania z ofiary jej efemerycznej boskości – przyczyny strachu (mysterium tremendum et fascinans), pragnienie kradzieży ognia z jej prywatnego Olimpu, a następnie strącenia jej zeń i wykonania miłosiernego gestu tryumfatora – poprzez strzepanie ziemskiego kurzu z obolałych po upadku kolan ex-Bogini. Ale Academicus wie doskonale, że całkowite ziszczenie tego pragnienia oznaczałoby kres życiodajnej fascynacji, dlatego stara się maksymalnie przedłużać pobyt ofiary na Olimpie, wampiryzując ją powoli, choć z coraz większym apetytem na… wiedzę. Na władzę nad wiedzą. Zasada jest prosta: fascynacja maleje proporcjonalnie do kurczącego się dystansu emocjonalnego pomiędzy Academicusem a jego CELEM (w szczególnych przypadkach przechodzi ona w inną formę i rośnie – wespół z uzależnieniem od celu, czego Academicus sam niekiedy nie rozumie, więc Czytelnik też nie musi). Fascynacja trwa dopóty, dopóki cel, czyli obiekt wampiryczno-intelektualnej fascynacji, nie zostanie osiągnięty, czyli poznany i omamiony na tyle, by przestał być wyzwaniem, tajemnicą do odkrycia, pucharem pełnym świeżej wiedzy do wypicia. Na (nie)szczęście Academicusa zdarza się to dosyć rzadko, gdyż albo brakuje czasu na zrealizowanie demonicznego planu, na pełną eksploatację zasobów umysłowych ofiary poprzez rozpłomienienie kontaktu z nią, albo realizacja tegoż planu zostaje przez Academicusa wstrzymana z powodów pragmatycznych (chomikowanie cennej energii na czarną godzinę) bądź… osobistych (!), wiążących się ze wzniosłym pragnieniem unieśmiertelnienia swojej „spiżarni” duchowej, trwalszej niż ze spiżu (chyba że wygłodzony i zdesperowany Academicus zdecyduje się – przy sprzyjających warunkach uczelnianych – powrócić i dokończyć to, co zaczął). 

Academicus obserwuje.

Academicus obserwuje.

Academicus obserwuje. 

Academicus obserwuje, albowiem baczna obserwacja tkwi w jego skrytej naturze; oko jest podstawowym narzędziem pracy tego niezwykłego spektatora-prestidigitatora, potrafiącego zdobyć się na oszałamiającą ekwilibrystykę spojrzeń; im silniej dany widok dokręca śruby źrenic Academicusa, tym więcej myśli wytwarza się w kuźni jego umysłu. Nim jednak zostaną one przekute na potężne zaklęcia, na odurzające iniekcje słowne, musi upłynąć trochę czasu. 

Academicus penetruje.

Academicus penetruje.

Academicus penetruje. 

Academicus penetruje, lustruje cel całą swoją obecnością; zbliża się doń krok po kroku, z krzesła na krzesło – im pewniej się czuje, tym bliżej ofiary decyduje się zakotwiczyć, spoglądając na nią przenikliwie, implozyjnie, zachłannie, świdrująco, ekstatycznie, wręcz onieśmielająco – ze swego „bocianiego gniazda”, ozdobionego niewidzialną piracką banderą.  

Wzmożonemu zainteresowaniu ofiarą towarzyszą zazwyczaj zmiany w wyglądzie i zachowaniu Academicusa: drżenie mięśni, dreszcze – naprzemienne z falami przyjemnego ciepła, przyśpieszone gromobicie serca, ogniki św. Elma w oczach, nerwowość, ekspansywny, zaraźliwy uśmiech, ekscentryzacja i teatralizacja ochoczo manifestowanych zwyczajów (np. rzucająca się w oczy broszka z pająkiem lub nietoperzem, krawat w kościotrupy, wiktoriańskie szaty w kolorze fluoroscencyjnej ćwikły czy inne wabiki – elementy emploi adekwatnego względem tematyki konwersatorium czy wykładu…), skłonność do nadobowiązkowego wysiłku intelektualnego, wyrażającego się w wysokoprocentowym przygotowaniu do zajęć (patrz: rosnący kopiec notatek i książek gromadzonych ostentacyjnie na ławce), monotematyczność, uporczywa refleksyjność, nadczynność wyobraźni (ze skłonnością do obsadzania ofiary w roli głównej), nieoczekiwane paraliże lub spektakularne seksplozje werbalne (żeby nie rzec: oralne), fanatyczna dążność do perfekcji w natchnionych wyjęzyczeniach (o ile dopuści się Academicusa do głosu, i o ile nie zwampiryzuje go trema), gra w klasy spojrzeń… Jednym słowem – Academicus sprawia wówczas wrażenie, jakby sam był wampiryzowany, opętany epifanią Mistrza („yesss, Massster!”), czy wręcz zakochany. Ale to jedynie pozory, będące częścią strategii, w której bodziec jest CELEM, a cel BODŹCEM – do rozwoju duchowego tego wiecznie nienasyconego smakosza umysłów (warto w tym miejscu przypomnieć sobie jedno z ulubionych dań doktora Lectera). Przy wypełniającej go wówczas słodyczy przeżywanego Absolutu stan zakochania wydaje się być jeno trywialną sacharyną podniecenia. 

Nawiązywanie kontaktu i porozumienia z obiektem fascynacji sprawia Academicusowi dziką przyjemność, szczególnie jeśli odbywa się to w atmosferze rywalizacji (dobry rywal to pokonany rywal) o względy istoty wampiryzowanej i trofea pochwał. Każda, zwłaszcza odpowiadająca oczekiwaniom Academicusa, reakcja ofiary na strategiczne gesty zostaje przezeń poddana głębokiej analizie. Nic nie ujdzie Academicusowej uwadze, on musi wiedzieć CO NAJMNIEJ WSZYSTKO na temat CELU, nie wyłączając informacji rozsianych w publikacjach naukowych (autorstwa ofiary), wypowiedziach uczelnianych pobratymców, Pudelku.pl…;) Academicus wychodzi bowiem z założenia, że im większa jest jego orientacja w „terenie egzystencjalnym” ofiary, tym łatwiej będzie mu potem zbliżyć się do niej, rekonstruując swoim zachowaniem obraz studenta modelowego, tkwiącego (przypuszczalnie) w jej łaknących urzeczywistnienia wyobrażeniach. Próby owej rekonstrukcji dokonywane są przy użyciu słów-czułków, którymi Academicus powoli i ostrożnie sonduje powierzchnię obiektu zainteresowania. Na początku słowa te przypominają ćmy-kamikadze, lecące ku światłu zadanych pytań, i znikające w nim. Frrru-frrru. Szelest. Szmer. Szept. S(z)yk. Pytanie-odpowiedź. Potem, kiedy droga do świat(ł)oodczucia ofiary zostaje przetarta energicznym ruchem skrzydełek zwiadowczych ciem, do głosu dochodzą aksamitne, nieśpieszne słowa-motyle, zapylające kwiat pamięci (wiadomo czyjej) wydestylowanymi refleksjami („Rzekła lilia do motyla: nikt nie patrzy, niech pan zapyla!” Jan Sztaudynger). Chodzi o to, by CEL poczuł te mieniące się osobowością Academicusa słowa-motyle nie tylko w brzuchu (chyba że jest brzuchomówcą), ale przede wszystkim – na końcu języka. A każdy język ma dwa końce. Istotny jest, rzecz jasna, ten drugi koniec, zapuszczający żurawia w głąb ciała, zwanego czasem duszą – otwartą na Academicusa. 

Skoro już mowa o słowach-motylach, to wypadałoby też wspomnieć na koniec o Academicusowych, zwinnych słowach-pająkach; przędą one niewidzialną sieć pomiędzy wampirem a jego celem, sieć, w którą wpadają potem spojrzenia, gesty, niewypowiedziane myśli, podteksty, aluzje, fantazmaty, imponderabilia, fragmenty niedokończonego dzieła… 

…i promionki przyjaźni, która przemienia Academicusa w Człowieka. W wiecznego Ucznia, który nieustannie szuka “Nauczyciela i Mistrza”. A nikt nie będzie kochał swych Mistrzów tak, jak ich kocha Academicus.

 

Trzeba życie rozłamać w dwie wielkie półowy,
Jedną godziną myśli – trzeba w przeszłość wrócić;
I przeszłość jako obraz ściemniały i płowy,
Pełny pobladłych twarzy, ku słońcu odwrócić…
                                                                                            

 (J. Słowacki, Godzina myśli) 


[1] Stan archetypowego wzrostu świadomości indywidualnej, natchnienia przez symbole („rozdęcie ja”); stan uwznioślenia, fascynacji, podniosłości często występujący w snach, najczęściej w formie latania, unoszenia się w powietrzu, stania na szczytach gór lub wielkich budowli, w obrazach kosmicznych i doświadczaniu magicznych mocy. Inflacja jest również nieodłącznym elementem twórczości wizjonerskiej, przeżyć duchowych, wizji narkotycznych i niektórych zaburzeń psychicznych (mania, paranoja, schizofrenia). Zob. http://www.eneteia.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=199&Itemid=1

Komentarzy: 10

  1. le powiedział

    październik 30, 2007 @ 7:41 pm

    ach, MAŁGORZATO! (i nie na darmo przemogłam się, by użyć internetowo wielkich liter). jakiem nietoperz ksiażkowy, skomentowałabym to obszernie i mądrze, ale kurczę się w oczach i czuję, jak coś ze mnie te wszystkie mądre myśli wysysa, pozostawiając złowrogą mroczna pustkę.
    chyba się boję :>
    (więc ja pomyślę jeszcze. jeszcze troszkę.)

  2. inez powiedział

    październik 31, 2007 @ 7:23 pm

    a ja właśnie czytam “Pożeracza myśli” Stevena Halla… bardzo podobne skojarzenia… pozdrawiam gorąco :)

  3. tsu powiedział

    listopad 2, 2007 @ 9:30 am

    gosiu, powinnyśmy były zapisać się na językoznastwo, nie zaś na fantastykę;)

  4. tsu powiedział

    listopad 2, 2007 @ 9:33 am

    instrukcję montażu
    sztucznych kłów wampirzych prosto z juesej :>

    “Kły służą tylko celom rozrywkowym. Nigdy nie gryź nikogo swoimi kłami!
    Sztuczna krew, czerwone wino oraz inne pokarmy mogą poplamić Twoje kły.”

    http://img166.imageshack.us/img166/7332/ielkiet3.jpg

  5. versatis powiedział

    listopad 2, 2007 @ 6:45 pm

    Powiedziałbym, że mamy tu do czynienia wręcz z AcaDEMONicusem :) Pomyśl Moja Droga, że kiedyś przemówisz ex catedra już nie tylko jako obserwująca i penetrująca Vampirella, ale jako potencjalny cel innych Academicusów – a krawaty w szkieletory zawisną na innych szyjach. Strzeż się! ;] Życzę więc równie wspaniałych bestiariuszy (best-diariuszy) dedykowanych Tobie – Mistrzyni i Małgorzato. Ileż pobladłych twarzy się wtedy ku słońcu obróci. ;) Pozdra-la-vie! :)

  6. homonimia powiedział

    listopad 3, 2007 @ 11:52 pm

    Dziękuję za odwiedziny, moi zwampiryzowani Goście.

    Le -> ach, LE! :) Nie kurcz się, bo będziesz miała skurcze! I nie bój żaby – jak by to ujął każdy szanujący się bocian. Jestem przekonana, że w tej “złowrogiej, mrocznej pustce” znajdzie schronienie niejeden nietoperz (ewentualnie taktoperz) ;) p.s. słyszałaś o “kwiecie-nietoperzu” http://pix.botany.org/Setabot/abot-92-3_700.jpg? Boski!

    Inez -> Od czasu, kiedy przedstawiłam światu Academicusa, polecane mi książki zaczęły się mnożyć w zawrotnym tempie ;) Niebawem nabawię się porfirii od tej “krwi intelektualnej”. Ale muszę przyznać – opis “Pożeracza myśli” upiornie mnie zaciekawił! Dziękuję :)

    Tsu -> ośmielam się zasugerować Ci kupno owych kłów – w ramach prezentu urodzinowego dla piszącej te słowa ^^ A fantastyka jest fantastyczna! Językoznawcom zaś mogę jedynie pokazać język, o, taki: :P

    Versatis -> Ciiii! imię Academicusa musi być w miarę neutralne semantycznie, inaczej występni i nieludzcy językoznawcy urządziliby na niego zasadzkę! Dziękuję za ciepłokrwiste słowa; doprawdy, miło byłoby urzeczywistnić tę śmiałą wizję, ale… trzeba mierzyć siły na zamiary, a w moim przypadku szale chwieją się zbyt często.

  7. KW powiedział

    listopad 5, 2007 @ 3:41 pm

    Słowoholizm jest niebezpieczny, jego “skutki uboczne” zaskakująco przesiąkają w najbardziej prozaiczne dziedziny życia – powodując dziwne spojrzenia osób postronnych – jednak są na ogół nieprawdopodobnie ciepłe (może to dziwne słowo… bardziej na miejscu będzie “miłe” i “motywujące”). Pochłepczmy sobie zatem Krew Filozoficzną – wypijmy za mocną głowę Academicusa :) !
    Śmiem twierdzić z (całą pewnością!!!) , że Academicus nie tylko pragnie dokonać emocjonalnej roszady, ale dokonuje jej, i to z nawiązką. I jeśli dzisiaj ofiara nie daje po sobie poznać, iż uległa roszadzie, to z pewnością kiedyś zdemaskuje się, prawie (a wiadomo, co robi “prawie”) niewidocznie potknie się o myśl, lub, jak niczym na spowiedzi, eksploduje z natłoku skumulowanych myśli.
    Do ekspresji rozmyślań i wrażeń powrócę, niechaj tylko podrosną i dadzą się nazwać!

  8. homonimia powiedział

    listopad 6, 2007 @ 11:58 pm

    Ze słowoholikami i skutkami ubocznymi ich nałogu jestem za pan brat :) – dlatego poświęciłam (a w zasadzie wciąż poświęcam… w ofierze) swoją pracę mgr problemowi “romantycznej intoksykacji literaturą”.
    Academicus dokonał kiedyś takiej, dosyć spektakularnej, emocjonalnej roszady – z nawiązką, lecz do dziś ma bolesną czkawkę po zbyt pośpiesznie wychłeptanej krwi. Academicus dał się nabrać – jak Zeus Prometeuszowi. O mało nie stracił kłów przez te kości pokryte tłuszczem.
    Pewien fragment Twojego komentarza trącił we mnie czułą strunę. Znów słyszę tę swoją wewnętrzną Eine Kleine Nacht Musik, do której nie potrafię tańczyć. Merci beaucoup, Kasiu.

  9. Braveheart powiedział

    styczeń 5, 2008 @ 10:42 am

    ojoj, czekam na nową notkę. Pisz nam Droga POETKO!!!

  10. homonimia powiedział

    styczeń 31, 2008 @ 1:31 pm

    :) Ojoj, może jeszcze ulepię jakieś słowa. Dziękuję Ci pięknie.


Napisz komentarz