H: Co robi człowiek, którego szukasz?
C: Zabija kobiety.
H: Nie, to robi na marginesie. A co robi przede wszystkim?
Jaką potrzebę zaspokaja podczas zabijania?
C: Wyładowuje gniew, szuka akceptacji, zaspokaja seksualne frustracje…
H: Nie, on podziwia. To leży w jego naturze. W jaki sposób budzi  się w nas
podziw? Czy szukamy obiektów podziwu? Postaraj się odpowiedzieć od razu.
C: Nie, my…
H: Zaczynamy podziwiać to, co widzimy codziennie. Nie czujesz spojrzeń
wędrujących po twoim ciele?A czy twoje oczy nie szukają tego, czego pragniesz?
(Milczenie Owiec, cytat ze ścieżki dźwiękowej filmu
-fragment rozmowy Hannibala z Clarice)

Wydawać by się mogło, że na temat wampirów powiedziano już wystarczająco dużo, a to wszystko zostało zgrabnie wyssane z ksiąg wszelakich i wyjęzyczone w formie zwampiryzowanego tekstu, przyszpilonego do kart osikowym piórem prof. Marii Janion (patrz: „Wampir. Biografia symboliczna”).Nic bardziej mylnego! Oto bowiem nastał czas, by wyjawić długo niedopuszczaną do świadomości zbiorowej, objętą wykształciuchowym tabu i ukrytą za woalem poprawności wampirycznej tajemnicę… Pora przerwać cienką czerwoną linię milczenia – i przedstawić Szanownemu Czytelnikowi wampira ACADEMICUSA.

Academicus to wampir intelektualny, jego naturalne środowisko życia stanowią – jak sama nazwa sugeruje – wyższe uczelnie państwowe, ze wskazaniem na wydziały filologiczne, gdyż słowa, słowa, słowa… i słowa o słowach współtworzą koloryt lokalny, który doskonale komponuje się z malowniczą psychiką Academicusa. A trzeba wiedzieć, że Academicus to słowofil, słowoman, słowomaniak, słowoholik, nic dziwnego zatem, że w temperaturze książkowej jego wampiryczne myśli nabierają rumieńców gorejących pod pancerzem chronicznej bladości. Bladość owa jest efektem działania promieni tekstowych, generowanych przez wertowane tabule literatury pięknej. Nałogowy, trzepoczący kartkami czytelnik (tzw. nietoperz książkowy, czyli jedna z postaci, jaką przybiera Academicus) opala się przez to na biało. I wszystko jasne.

Fizys Academicusa, oprócz wspomnianej bladości, nie odznacza się niczym szczególnym, dzięki czemu z łatwością może się on wtopić w studencką gawiedź. Bo Academicus to wampiryczna odmiana STUDENTA, choć nierzadko wpada on w szał ciał pedagogicznych, przybierając postać wykładowcy-wodzireja wiedzy (na balu u Wolanda), zwłaszcza że np. zaszczytny tytuł „dr” budzi nieprzypadkowe skojarzenia z pierwszymi literami imienia Dracula, zaś „prof.” – ze słowem profanum… Ale skupmy się na jego pierwszej odmianie.

Academicus, mimo że posiada cechy dystynktywne płci żeńskiej lub (rzadziej) męskiej, wykracza swoją egzystencją daleko poza orbitę płci; to wytrawny smakosz umysłów, więc status biologiczny ich „nosicieli” nie ma dla niego większego znaczenia. Jednocześnie trzeba zaznaczyć, iż obiektami jego wampirycznej działalności stają się zazwyczaj wykładowczynie – prawdopodobnie ze względu na atrakcyjniejsze manifestacje (nie mylić z manifami! albo mylić – będzie pikantniej…) ich zmysłowego intelektu (ot, wyobraźmy sobie taki striptiz szarych komórek). Panowie wykładowcy, oczywiście, także miewają ponętne mózgi, toteż – jeżeli tylko potrafią tego dowieść, oświetlając owym organem (tj. mózgiem), niczym reflektorem, soczyście ubarwioną osobowość – mogą liczyć na żywe zainteresowanie Academicusa, który musi pozostawać w stanie permanentnej INFLACJI EGO, inaczej jego sens życia zapada w hibernację bądź estywację (w zależności od semestru…). Krótko mówiąc – Academicus jest nałogowym admiratorem pięknych umysłów, pogrążonych w aromatycznej aurze niedostępności, tajemnicy, kontrowersji, ekscentryzmu… Academicusa pociągają intelektualne kurioza-precjoza, on pragnie zatopić w nich kły mądrości, z pomlaskiwaniem sącząc wiedzę (tzw. “KREW FILOZOFICZNĄ”); on pragnie uwieść swoje „ofiary” niefizycznie, dokonać czegoś w rodzaju emocjonalnej roszady, polegającej na sprytnym przesunięciu przedmiotu wampirycznej fascynacji w sferę podmiotu zafascynowanego samym Academicusem. Z kulis tejże roszady sprawę winien zdawać sobie JEDYNIE Academicus, czyli wykonawca wampirycznej czynności. Nie jest bowiem wskazane, aby CEL wiedział, że jest celem (dodać należy, że cel osiągnięty staje się środkiem… wyrazu nowego celu). Jednocześnie:

trzeba kąsać, wypijać krew (…), ale i zapobiegać temu, by [cel - przyp. M.S.] od owych ukąszeń nie stał się wampirem, gdyż wtedy – w walce wampirów między sobą – szanse się niebezpiecznie wyrównują.
(M. Janion, Polacy i ich wampiry)

To daje Academicusowi przewagę nad celem. Jeżeli zaś cel jakimś cudem domyśli się, ze jest tym, czym jest, czyli celem ;) , może wówczas albo pogodzić się z narzuconą mu rolą, dokładając wszelkich starań, by zaspokoić twórczy głód Academicusa, i czerpiąc z tego perwersyjną przyjemność, albo też przyjąć postawę defensywną, próbując poszczuć Academicusa osikowym kołkiem obojętności (Boże uchowaj!) bądź czosnkową wonią antypatii (a fe!). Zwykle jednak nie odnotowuje się reakcji alergicznych na zidentyfikowanego Academicusa. Chyba że nastąpi błędna identyfikacja, tzn. stawiająca go w nieprzychylnym świetle - bo podkreślić należy, że wszelkie pejoratywnie nacechowane sądy (np. „lizus”, „prowokator”, „dewiant”, „pozer”), dotyczące naszego bohatera – są fałszywe. Tymczasem Academicus to po prostu, w najdoskonalszym tego słowa znaczeniu – Academicus, nawet wówczas, gdy przekracza siebie poprzez wkroczenie w cudzą psychikę. A przekraczając siebie – poszerza siebie. Zatacza kręgi swojej obecności, rozwija się jak kłącze. Wampiryczne, rzecz jasna.

[Słucham? Cóż, niewykluczone, Herr Freud, że owo „wkroczenie w psychikę” jest formą działalności „fallicznej”, zmierzającej ku zapłodnieniu czyjejś duszy wampiryzującymi myślami, zdolnymi wessać w siebie duszę „ofiary”. Obawiam się jednak, mein Herr, że oznaczałoby to sprowadzenie obu płci do maskulinistycznego, chutliwego wielce mianownika. Dobrze, przedyskutujemy to wieczorem. Tam, gdzie zawsze, Herr – w tawernie „Pod Morfeuszem”. Tylko proszę pamiętać – łapy przy sobie!]

Preludia do rozwijających się fascynacji Academicusa grają najczęściej uczucia ambiwalentne; rzadko się zdarza, by zarzucił on sieć chłonnych skojarzeń na kogoś, kto daje się lubić od pierwszego nawiedzenia. Przyszła ofiara Academicusa powinna na początku wzbudzać w nim rodzaj lęku zmieszanego z zazdrością i wrogością, lęku przed Nieznanym, przed dominacją wyrazistej, a zarazem enigmatycznej osobowości. Academicus, przy sprzyjających okolicznościach przyrody duchowej, rychło zaczyna rozsmakowywać się we własnym strachu, kompilując w myślach sugestywne cytaty:

a)

- Jest Pani bardzo otwarta. Poznać Panią prywatnie to byłoby coś.
-Coś za coś, doktorze.
(Milczenie Owiec, cytat ze ścieżki dźwiękowej filmu)

b)

Dopóki jawiła się jako Królowa Śniegu, wyniosła i urodziwa, chłodna i niedostępna, marzenia z nią związane miały charakter drapieżny, były podszyte gwałtem. Chciało się ją „obnażyć”, wytrącić z równowagi, przyłapać na słabości – przekonać się, krótko mówiąc, czy ma też inne oblicze, a jeśli tak, to jakie. Z chwilą zaś, gdy opowieść o kolejach jej życia strąciła ją z Olimpu i zesłała na ziemię, wyznaczając w dodatku los niecodziennie gorzki, zmienił się również rodzaj budzonych przez nią emocji. Miejsce mrocznych pożądań, dzikich i perwersyjnych, zajęło onieśmielenie i niema fascynacja, nacechowana respektem i niekłamanym współczuciem. I to właśnie było piekłem. Bo ginęła nadzieja na jakiekolwiek remedium. Gdy w grę wchodziła tylko dławiąca ekscytacja, podrażniona ambicja, poczucie podrzędności, to wszystko dawało się jeszcze tak czy inaczej łagodzić (…). Tymczasem urzeczenie brzemienne w szacunek i żal kompletnie wiązało ręce.
(Antoni Libera, Madame)

Strach toruje drogę fascynacji (Academicus, w pewnym sensie, pozwala się uwieść strachem), w którą wpisane jest czysto wampiryczne pragnienie wyssania z ofiary jej efemerycznej boskości – przyczyny strachu (mysterium tremendum et fascinans), pragnienie kradzieży ognia z jej prywatnego Olimpu, a następnie strącenia jej zeń i wykonania miłosiernego gestu tryumfatora – poprzez strzepanie ziemskiego kurzu z obolałych po upadku kolan ex-Bogini. Ale Academicus wie doskonale, że całkowite ziszczenie tego pragnienia oznaczałoby kres życiodajnej fascynacji, dlatego stara się maksymalnie przedłużać pobyt ofiary na Olimpie, wampiryzując ją powoli, choć z coraz większym apetytem na… wiedzę. Na władzę nad wiedzą. Zasada jest prosta: fascynacja maleje proporcjonalnie do kurczącego się dystansu emocjonalnego pomiędzy Academicusem a jego CELEM (w szczególnych przypadkach przechodzi ona w inną formę i rośnie – wespół z uzależnieniem od celu, czego Academicus sam niekiedy nie rozumie, więc Czytelnik też nie musi). Fascynacja trwa dopóty, dopóki cel, czyli obiekt wampiryczno-intelektualnej fascynacji, nie zostanie osiągnięty, czyli poznany i omamiony na tyle, by przestał być wyzwaniem, tajemnicą do odkrycia, pucharem pełnym świeżej wiedzy do wypicia. Na (nie)szczęście Academicusa zdarza się to dosyć rzadko, gdyż albo brakuje czasu na zrealizowanie demonicznego planu, na pełną eksploatację zasobów umysłowych ofiary poprzez rozpłomienienie kontaktu z nią, albo realizacja tegoż planu zostaje przez Academicusa wstrzymana z powodów pragmatycznych (chomikowanie cennej energii na czarną godzinę) bądź… osobistych (!), wiążących się ze wzniosłym pragnieniem unieśmiertelnienia swojej „spiżarni” duchowej, trwalszej niż ze spiżu (chyba że wygłodzony i zdesperowany Academicus zdecyduje się – przy sprzyjających warunkach uczelnianych – powrócić i dokończyć to, co zaczął).

Academicus obserwuje.
Academicus obserwuje.
Academicus obserwuje.

Academicus obserwuje, albowiem baczna obserwacja tkwi w jego skrytej naturze; oko jest podstawowym narzędziem pracy tego niezwykłego spektatora-prestidigitatora, potrafiącego zdobyć się na oszałamiającą ekwilibrystykę spojrzeń; im silniej dany widok dokręca śruby źrenic Academicusa, tym więcej myśli wytwarza się w kuźni jego umysłu. Nim jednak zostaną one przekute na potężne zaklęcia, na odurzające iniekcje słowne, musi upłynąć trochę czasu.

Academicus penetruje.
Academicus penetruje.
Academicus penetruje.

Academicus penetruje, lustruje cel całą swoją obecnością; zbliża się doń krok po kroku, z krzesła na krzesło – im pewniej się czuje, tym bliżej ofiary decyduje się zakotwiczyć, spoglądając na nią przenikliwie, implozyjnie, zachłannie, świdrująco, ekstatycznie, wręcz onieśmielająco – ze swego „bocianiego gniazda”, ozdobionego niewidzialną piracką banderą.

Wzmożonemu zainteresowaniu ofiarą towarzyszą zazwyczaj zmiany w wyglądzie i zachowaniu Academicusa: drżenie mięśni, dreszcze – naprzemienne z falami przyjemnego ciepła, przyśpieszone gromobicie serca, ogniki św. Elma w oczach, nerwowość, ekspansywny, zaraźliwy uśmiech, ekscentryzacja i teatralizacja ochoczo manifestowanych zwyczajów (np. rzucająca się w oczy broszka z pająkiem lub nietoperzem, krawat w kościotrupy, wiktoriańskie szaty w kolorze fluoroscencyjnej ćwikły czy inne wabiki – elementy emploi adekwatnego względem tematyki konwersatorium czy wykładu…), skłonność do nadobowiązkowego wysiłku intelektualnego, wyrażającego się w wysokoprocentowym przygotowaniu do zajęć (patrz: rosnący kopiec notatek i książek gromadzonych ostentacyjnie na ławce), monotematyczność, uporczywa refleksyjność, nadczynność wyobraźni (ze skłonnością do obsadzania ofiary w roli głównej), nieoczekiwane paraliże lub spektakularne seksplozje werbalne (żeby nie rzec: oralne), fanatyczna dążność do perfekcji w natchnionych wyjęzyczeniach (o ile dopuści się Academicusa do głosu, i o ile nie zwampiryzuje go trema), gra w klasy spojrzeń… Jednym słowem – Academicus sprawia wówczas wrażenie, jakby sam był wampiryzowany, opętany epifanią Mistrza („yesss, Massster!”), czy wręcz zakochany. Ale to jedynie pozory, będące częścią strategii, w której bodziec jest CELEM, a cel BODŹCEM – do rozwoju duchowego tego wiecznie nienasyconego smakosza umysłów (warto w tym miejscu przypomnieć sobie jedno z ulubionych dań doktora Lectera). Przy wypełniającej go wówczas słodyczy przeżywanego Absolutu stan zakochania wydaje się być jeno trywialną sacharyną podniecenia.

Nawiązywanie kontaktu i porozumienia z obiektem fascynacji sprawia Academicusowi dziką przyjemność, szczególnie jeśli odbywa się to w atmosferze rywalizacji (dobry rywal to pokonany rywal) o względy istoty wampiryzowanej i trofea pochwał. Każda, zwłaszcza odpowiadająca oczekiwaniom Academicusa, reakcja ofiary na strategiczne gesty zostaje przezeń poddana głębokiej analizie. Nic nie ujdzie Academicusowej uwadze, on musi wiedzieć CO NAJMNIEJ WSZYSTKO na temat CELU, nie wyłączając informacji rozsianych w publikacjach naukowych (autorstwa ofiary), wypowiedziach uczelnianych pobratymców, Pudelku.pl…;) Academicus wychodzi bowiem z założenia, że im większa jest jego orientacja w „terenie egzystencjalnym” ofiary, tym łatwiej będzie mu potem zbliżyć się do niej, rekonstruując swoim zachowaniem obraz studenta modelowego, tkwiącego (przypuszczalnie) w jej łaknących urzeczywistnienia wyobrażeniach. Próby owej rekonstrukcji dokonywane są przy użyciu słów-czułków, którymi Academicus powoli i ostrożnie sonduje powierzchnię obiektu zainteresowania. Na początku słowa te przypominają ćmy-kamikadze, lecące ku światłu zadanych pytań, i znikające w nim. Frrru-frrru. Szelest. Szmer. Szept. S(z)yk. Pytanie-odpowiedź. Potem, kiedy droga do świat(ł)oodczucia ofiary zostaje przetarta energicznym ruchem skrzydełek zwiadowczych ciem, do głosu dochodzą aksamitne, nieśpieszne słowa-motyle, zapylające kwiat pamięci (wiadomo czyjej) wydestylowanymi refleksjami („Rzekła lilia do motyla: nikt nie patrzy, niech pan zapyla!” Jan Sztaudynger). Chodzi o to, by CEL poczuł te mieniące się osobowością Academicusa słowa-motyle nie tylko w brzuchu (chyba że jest brzuchomówcą), ale przede wszystkim – na końcu języka. A każdy język ma dwa końce. Istotny jest, rzecz jasna, ten drugi koniec, zapuszczający żurawia w głąb ciała, zwanego czasem duszą – otwartą na Academicusa.

Skoro już mowa o słowach-motylach, to wypadałoby też wspomnieć na koniec o Academicusowych, zwinnych słowach-pająkach; przędą one niewidzialną sieć pomiędzy wampirem a jego celem, sieć, w którą wpadają potem spojrzenia, gesty, niewypowiedziane myśli, podteksty, aluzje, fantazmaty, imponderabilia, fragmenty niedokończonego dzieła…

…i promionki przyjaźni, która przemienia Academicusa w Człowieka. W wiecznego Ucznia, który nieustannie szuka “Nauczyciela i Mistrza”.

Nie było lata. Jesień szła od wiosny
Jak ziąb – od wody, jak od dzwonu kręgi.
(…)
Nie było lata. Nadciągała zima,
Kładła sopelki na wąsikach myszy.
(St. Grochowiak – ***)

Było, choć swoje brudne i lepkie od dotyku roznegliżowanych ciał dłonie zdążyło już obmyć w strugach jesiennego dżdżu – cyklicznego katharsis. Było, choć wszystkie jego wyskokowe miłostki, które - najadłszy się nadziewanych nadzieją afektów - rzucały cienie olbrzymów, wyszły z tych swoich cieni jako karły. I znikną zupełnie, gdy tylko zgaśnie ostatni promień opalenizny – tego efemerycznego tatuażu ogłupiającego słońca. Było. Powypychało kieszenie ciepłem. Światłem. Biletami. Niedopałkami słów i gestów (choć słowo w gruncie rzeczy też jest rodzajem gestu). Zapachami miejsc. Każde Miejsce powoli prze-i-stacza się w Czas. A w międzyczasie odbywa się nieuświadomiona przez nas rekrutacja wspomnień, organizowana przez Instytucję Snu. Było. Naświetliło przestrzeń, której obraz zima rychło ukaże w negatywie. Albo i nie. Zmityzowało przestrzeń, by ta w co wrażliwszych spojrzeniach nabrała międzyludzkich odcieni. Świat poszerzony o drugiego człowieka. Świat postarzony o drugiego człowieka. Świat pogrążony w drugim człowieku. Świat prześwi(a)tujący drugim człowiekiem – na zawsze lub do momentu, w którym wewnętrzna opalenizna zniknie. Ty zadecyduj. A teraz przytul się do mnie, moja szara myszko samotności. Kładę sopelki na twoich wąsikach. Powiedz wszystkim, że lata nie było. A potem mów, co chcesz.

Ballada Zaludna

07/01/2007

Pisze się, by być kochanym, a jest się czytanym, nie mogąc być kochanym – i zapewne ten właśnie rozziew tworzy pisarza.

R.Barthes

***

Jak bardzo mnie tu nie było? Miarą tego jest zapewne to, co przez czas mego tu-nie-bycia się nie stało, co zdarzyć się mogło, jak i to, co zdarzyć się musiało, zdarzyło się wcześniej, bliżej, później, dalej. Nie było mnie bardzo. Jeno miejsce, gdzie być mogłam, jeszcze trwało i szumiało, próżne miejsce na tę duszę, wonne miejsce na to ciało. Czas otrąbił uroczystość spełnionego nieistnienia. Nie było mnie tak bardzo, że w końcu (a może na początku)

jestem – tam, gdzie mnie nie ma mnie tu, gdzie jestem.

Z Ciebie jestem - do Ciebie, spomiędzy – pomiędzy Ciebie, Miły Czytelniku.  Wyantycypowałeś mnie. Twoja myśl skierowana w moją rozmytą stronę okazała się celnym strzałem w imponderabilia. Huk. Gromobicie ciszy. Spadłam jak grom z jasnego nieba, jak moneta, która do tej pory chwiała się na swojej krawędzi. Orzeł i Reszka. Piszący i Czytający.

Przypomnij mnie taką, jaką mnie tu nie było, gdy siebie zapomnieć mi przyjdzie. A potem zapomnij o mnie, miły, zapomnij mnie. Bo narodzi się lepsza pamięć. Pamięć Absolutna. Wypijemy Lete w lecie, będziemy wygrzewać się na inaczej pomyślanym mrozie i przywracać opadłe owoce do pierwotnego drzewostanu, nasz Powrót do Niewinności okaże się krokiem naprzód – w Godzinę Myśli, w Uwidocznienie Woli, w Słowo wyzwolone spod jarzma falsyfikacji. Istnieje to, co chcemy, żeby istniało. Istnieje to, co chcemy, żeby nie istniało. Nie było mnie więc, abym mogła być bardziej. Nie było mnie, więc jestem.

 Najwyższym szczęściem jest miłość wolna od zmysłowości. Rozkosz jej polega na wzajemnym patrzeniu na siebie, na wymianie promionków, które grając w oku człowieka są przędzą z przymiotów duszy usnutą. Trzy są najcenniejsze promionki: piękność, czułość, niewinność; otaczają one osoby zakochanych jakby aureolą, opromieniając ich życie uczuciem błogiej harmonii.

(S. Wasylewski, Życie polskie w XIX wieku, Kraków 1962, s.271.)

***

KOBIETA: Czy śpisz, kotku?
MĘŻCZYZNA: Nie.
KOBIETA: A co robisz, kotku?
MĘŻCZYZNA: Zdechłem, piesku.
KOBIETA: Żartujesz, kotku.
MĘŻCZYZNA: Żartuję, piesku.

(T. Różewicz, Świadkowie albo nasza mała stabilizacja, Kraków 1986, s. 10.)

***

   Pierwszy z zacytowanych fragmentów jest opisem teorii “miłości promienistej” Tomasza Zana – jednego z czołowych filomatów wileńskich. Ujął mnie ten naiwny quasi-mesmeryzm, choć nie da się ukryć, że zaistniała w nim pewna delikatna sprzeczność, albowiem owe ponadzmysłowe promionki, zwłaszcza piękność i czułość, zdają się pełnymi garściami czerpać z niewyczerpanego pokładu zmysłów właśnie. A nie przypominam sobie, by opiewane przez poetów romantyczne heroiny grzeszyły szpetnością, jakoś tak się szczęśliwie składało, że wzniosła efemeryda Ducha zawsze miała powód ku temu, by przy okazji zapylić zmysły… Nie oznacza to jednak, że byli romantycy wyłącznie chutliwymi aforystami w białych rękawiczkach, dealerami prostych podniet – sprytnie wystylizowanych na wzniosłe ideały, operatorami “wewnętrznego oka”, które zupełnie przypadkowo trafiało to w biuścik, to w nóżkę – jak na obrazach kubistów. Bynajmniej – romantyczne związki uczuciowe opierały się zazwyczaj na porywającym dialogu ludzi oczytanych, nierzadko artystycznie usposobionych, dystyngowanych, wzajemnie “namuzowywujących” się,  spokrewnionych na niwie zamiłowań, cechujących się czymś, co dziś określilibyśmy mianem inteligencji emocjonalnej. To były neuronowe powinowactwa z wyboru. Przynajmniej w literaturze. Bo poza nią różnie bywało, np. nasz wieszcz Adam ponoć regularnie odwiedzał burdele i jak ostatnia świnia wcinał ociekającą tłuszczem kiełbasę. Swoistą czkawką literacką po tym wszystkim okazał się dziadowski (w sensie – z “Dziadów cz. IV” :) ) Gustaw, który nie kiełbasę pożerał, a książki. Te najbardziej ościste i chrząstkowate – książki zbójeckie. Ale dajmy pokój temu.

Drugi zacytowany fragment zamieszczony tu został dla kontrastu. Przyszło nam bowiem żyć w erze skrojonej na miarę występujących w nim słów, w erze misiów-pysiów, misiaczków, kotków, koteczków, kiciusiów, tygrysków, gwiazdek, króliczków, złotek (w czym niby sreberka są gorsze?), aniołków, słoneczek, żuczków, robaczków, kochań, skarbów, towarów, lasek, dup i innych kuriozów. Ale dlaczego nikt nikogo nie nazwie chociażby “promionkiem”? I pomyśleć, że Eskimosi mają kilkadziesiąt wyrazów nazywających różne odmiany śniegu… Może gdyby to nie wiosna, a zima funkcjonowała w kulturze jako pora Amora, mielibyśmy większy przyrost słowotwórczy…

Kiedyś “odciskało się piętno czucia w cudzej duszy”, “zaczuwało się” i “czarowało wolą”, dziś się podrywa i zalicza, kiedyś grało się w “akordowe pioruny”, dziś gra się na zwłokę. Niektórzy zdobywają się w afekcie na określenie “być w skowronkach”…  Romantycy byli lepiej rozwinięci ornitologiczne – o ptaszarni metafor u Słowackiego napisano całą książkę. Dlaczego zakochany musi być cały w skowronkach? Dlaczego nie w jaskółkach, bocianach, jastrzębiach, kanarkach, łabędziach, dzięciołach, strusiach, pingwinach, czaplach, pelikanach, albatrosach, wróblach, srokach, pliszkach, makolągwach, czajkach, sikorkach, kukułkach, sępach, potrzeszczach, kosach, rokitniczkach, ziębach, perkozach, krukach, trzcinniczkach (kaczki pomińmy z uwagi na konotacje polityczne :) ) ? Dlaczego zakochani mają w brzuchu motyle, a nie – równie sprawnie szeleszczące skrzydłami – nietoperze? O tempora, o mores, o semantyczne kneble!

Być może w tej trywialności, w tej groteskowej niekiedy prostocie wyrażania uczucia jest metoda. Metoda na głoda emocjonalnego. Ludzie są głodni. Ludzie chodzą do barów szybkiej obsługi, jedzą fast-foody. Zaczynam doceniać ideę postu. Cierpliwego oczekiwania. I zasłużonej nagrody.

Niewykluczone jednak, że każde – zarówno najbardziej wyszukane, jak i najlichsze słowo – pozostaje tak samo niedomknięte wobec potęgi Miłowania, otwarte na wieczność. Jeżeli wieczność jest, jeżeli jest możliwa. Ale z drugiej strony –  forma nierzadko bywa jednocześnie treścią – i o to właśnie chodzi, w tym tkwi wampir pogrzebany. Chyba dlatego wolałabym zostać spieszczona “promionkiem” niż “żuczkiem” – mimo całej mojej sympatii dla braci mniejszych, co bynajmniej nie oznacza, że samej nie zdarza mi się od czasu do czasu pożuczkować czy poaniołkować. Czułość ma słabość do prostoty i często – chcąc zostać odpowiednio zinterpretowana – posiłkuje się najjaskrawszymi konwencjami, które co wytrawniejszych smakoszy uczuć mogą przyprawiać o mdłości. Ale niekoniecznie czyni to tych pierwszych prostakami, a drugich – dandysami. Wszyscy mamy zatem takie samo prawo do misiów-pysiów, jak i do promionków, do kupowania krawatów, jak i do kupowania muszek, muszników, plastronów czy fularów. Mamy też prawo narzekać na epokowe zredukowanie piękna muszki do roli ozdoby ślubnej, komunijnej bądź kelnerskiej (od czasu do czasu zatrzepocze jakaś na szyi dyrygenta). I mamy prawo kupować pióra na tłoczek, a nie na naboje, zapraszać umiłowanych do biblioteki, a nie na karaoke, rumienić się na dźwięk czułego słowa, a nie w obliczu odważnego dotyku, ofiarowywać mężczyznom perły literatury XIX wieku, a nie bokserki, kobietom zaś – podpisane cyrografy, a nie pocztówki z gotowymi rymowankami, mamy też prawo do zachwycania się fragmentem “Cierpień młodego Wertera”:

Kanarek siedzący na zwierciadle sfrunął na jej ramię. – Mój nowy przyjaciel – rzekła (…). Gdy podała mu usta, ptaszek przywarł do jej słodkich warg, jakby świadomy szczęścia, którego mu udzielała. – Niech pana też pocałuje – rzekła i podała mi go. Mały dzióbek przeniósł się z jej ust na moje i kłujące jego dotknięcie było jak tchnienie, jak przeczucie najwyższej rozkoszy.

a nie imprezową pornografią.

  “Piękność, czułość, niewinność”. Niewinność (szeroko rozumiana) jest tą cechą u mężczyzny, która mnie olśniewa. Jeśli towarzyszy temu mądrość i twórcza wrażliwość – obecność takiego Mężczyzny przesubtelnia się w doświadczenie Uniwersum. A niedoskonałość, którą – jako istota ludzka – jest napiętnowany, zostaje uświęcona harmonią doskonałej Całości (kłania się “Państwo Boże” św. Augustyna…). Mężczyzna taki składa się z Szeptu, z tysiąca i jednego Echa udźwięczniającego każdą drobinkę kobiecej duszy, która zaczyna w pewnym momencie przejawiać cechy kota pewnej niezwykłej rasy (z racji tego, że nazwa zabrzmiałaby dwuznacznie w kontekście kobiety - nie przywołuję jej), charakteryzującej się całkowitym rozluźnieniem wszystkich fibrów, gdy się kota podniesie. Doprawdy – w bezpiecznych, zaufanych ramionach można  poczuć się podobnie (szkoda tylko, że my, ludzie, w przeciwieńtwie do kotów – nie zawsze spadamy na cztery łapy).

Taki Mężczyzna jest najbardziej melodyjną Ciszą płynącą z instrumentów, które - zauważmy - mają najczęściej kobiece kształty…